Sapanta – Wesołe harce umarłych

Ostatniego dnia mojego wyjazdu do Rumunii miałem odwiedzić miejsce, które niejako było przyczynkiem do odbycia tej kilkunastodniowej podróży. Ci, którzy czytają mnie uważnie, wiedzą, że lubię odwiedzać cmentarze. Tym razem celem była niezwykła nekropolia, bo na wskroś… wesoła. Wcześniej jednak odwiedziliśmy Sighet i ciekawy skansen wsi rumuńskiej, muzeum komunizmu i pospacerowaliśmy po miejskim targowisku.

Sighet

Świat za oknem wydawał nam się trochę weselszy tego poranka niż poprzedniego w Górach Gutyjskich. Mieliśmy zobaczyć bowiem sławny rumuński cmentarz w Sapancie. Zanim tam jednak dotarliśmy, udaliśmy się do położonego w Sighet Maramurskiego MuzeumWsi.

Maramurskie Muzeum Wsi

Po podjechaniu do celu i przejściu kilkuset metrów lekko wznoszącą się drogą, stanęliśmy przed wejściem. Naszym oczom ukazały się stare, ale dobrze utrzymane chałupy, czasami kryte strzechą, a czasami gontem. Spacerując pośród budynków założonego w 1973 roku skansenu, można czasami odnieść wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie. Czemu? Bo to nie są repliki. Te domy, zagrody czy kościół to autentyki przewiezione w to miejsce. Biorąc pod uwagę wiek budowli, są to najstarsze w pełni zachowane budynki nie tylko w Rumunii, ale w tej części Europy. Najcenniejszymi „okazami” są pochodzący z XVI wieku dom oraz niewiele od niego młodsza cerkiew.

Spacerując tak pośród architektonicznej historii, po pewnym czasie zobaczyłem, że zostaliśmy z Błękitnooką sami. Tak dobrze nam się rozmawiało, że nawet nie zauważyliśmy, gdzie podziali się inni ludzie z naszej grupy. Będę z Wami szczery, wcale mi to nie przeszkadzało, zresztą Błękitnooka też nie wyglądała na zmartwioną tym faktem. Gdy w końcu, po dłuższym spacerze, dotarliśmy do autobusu, mogliśmy ruszyć do centrum Sighet. A jest tam co zwiedzać.

Miejsce Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu

Pierwszą atrakcją na naszej drodze było miejsce, które niezbyt chlubnie kojarzy się z Sighet. Wyobraźcie sobie senne miasteczko pod koniec XIX wieku. Choć życie nie pędzi w nim w zastraszającym tempie, to zdarzają się liczne przestępstwa. Władze postanawiają wybudować więzienie dla pospolitych przestępców. I taką funkcję miało ono do zakończenia II wojny światowej.

W 1945 roku komunistyczna wierchuszka przejęła to miejsce i zaczęła po niedługim czasie zwozić całą elitę kulturalno-naukową kraju (w końcu łatwiej rządzić nieoświeconym ludem). Za kraty trafiali studenci, wykładowcy, byli ministrowie, ekonomiści, dziennikarze czy oficerowie. Trafiali i nierzadko za nimi pozostawali już na zawsze.

Dziś w tych mrocznych murach mieści się muzeum poświęcone pamięci tamtego okresu. Nosi ono nazwę Miejsce Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu. Każda cela aż krzyczy informacjami o okrucieństwach, jakie działy się za grubymi, tłumiącymi krzyki ścianami.

Targowisko

Gdy opuściliśmy muzeum, okazało się, że jeszcze mamy trochę czasu. Postanowiliśmy więc z Błękitnooką i jeszcze dwiema koleżankami, że szybko wyskoczymy coś zjeść. Na coś konkretnego było jeszcze za wcześnie, a że w pobliżu było niewielkie targowisko, ruszyliśmy w jego kierunku. Lubimy takie miejsca, bo w przeciwieństwie do dużych marketów żyją. Ludzie je odwiedzający i ci sprzedający nigdzie się nie spieszą, mają czas na chwilę rozmowy, kawę czy piwo ze znajomymi w niewielkim, można powiedzieć podrzędnym barze.

Nasz rumuński co prawda nie prezentuje się dobrze, więc zamiast rozmów z miejscowymi skupiliśmy się na zakupach i podpatrywaniu tego, co dzieje się wokół nas. Efekty tego naszego zapatrzenia możecie podziwiać na poniższych zdjęciach. Wracając do autobusu, zauważyliśmy jeszcze jedną, ciekawą, bo już chyba w Polsce niespotykaną rzecz, która przywodziła nam w pamięci minione czasy. Na ścianie jednego z budynków w Sighet zawieszony był automat telefoniczny. Nie mogłem się powstrzymać, gdy Błękitnooka złapała za słuchawkę i zrobiłem jej zdjęcie.

Wesoły Cmentarz w Sapanta

Pożegnaliśmy Sighet i udaliśmy się do niewielkiej miejscowości Sapanta. Była ona ostatnim punktem tego dnia, a również i całego wyjazdu. Pewnie o niej słyszeliście, ponieważ mieści się w niej całkiem „zabawny” cmentarz. Spytacie, co może być wesołego w miejscu, w którym spoczywają szczątki wielu osób i które kojarzyć powinno się raczej z zadumą?

Mieszkańcy doszli do trochę innych wniosków. Po co epatować żalem, skoro w sposób lekki można powspominać człowieka, z czasów kiedy jeszcze żył. Nagrobki mieszczące się na tej nekropolii zawierają krótkie wierszyki o tym, kim był zmarły, jak się prowadził lub co myślał o innych. Pośród drewnianych pomników znajdziemy więc przedstawicieli wszystkich profesji: ekspedientka, ksiądz, maszynista, żołnierz czy piekarz.

Wesołe wierszyki

A co o nich napisano, poczytajcie (teksty za www.libertas.pl i sztukatulka.pl):

„Pod tym ciężkim krzyżem,
biedna moja teściowa spoczywa.
Gdyby żyła trzy dni dłużej,
Byłbym w grobie, ona tutaj.
Wy, którzy przechodzicie obok ludzie,
Spróbujcie jej nie obudzić.
Jeśli do domu wróci,
O głowę mnie skróci.
Ale ja mam plan przebiegły,
Powrót zatem już mniej pewny.
Lepiej więc zostań tu, moja matulu”

„Tutaj ja spoczywam
Pop Toader się nazywam
Na klarnecie ja grałem
I palinkę popijałem
O tym ja tylko myślałem
Gdy po tej ziemi stąpałem
Miałem też swoje smutki
Żywot mej żony był krótki
Ludziom wesoło śpiewałem
Sam sobie w kącie płakałem”

„Nie mogłam cieszyć się dzieciństwem, które miałam.
Nie pozwolono mi żyć.
Musiałam odejść by nie smucić rodziców
i porzucić drogą siostrę.
Dopóki żyjesz dbaj o mój grób,
kładź na nim kwiaty i mnie wspominaj
aż do swej śmierci.
Miałaś dobrą siostrę
i nie mogłyśmy żyć razem.
Musiałam umrzeć,
żebyś za mną tęskniła”.

Po zakończeniu zwiedzania Wesołego Cmentarza, ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. Podróż była długa, więc umilaliśmy ją sobie rozmowami i oglądaniem zdjęć. I tak zakończył się mój ponad dwutygodniowy wypad do Rumunii.

Koniec pewnej historii

Tak wiem, co niektórzy już się na mnie denerwują, że nie spuentowałem, mimo obietnicy, historii z Błękitnooką. Ok, zrobię to poniżej.

Po powrocie utrzymywaliśmy z moją „siostrą” dość ścisły kontakt (Boże dzięki za wynalazcę komórki i messengera), a w końcu po pewnym czasie umówiliśmy się w Warszawie. Pretekstem do odwiedzin była pomoc w Schronisku dla Zwierząt, a następnie zwiedzanie miasta. Zostałem w naszej stolicy kilka dni, prawie codziennie widząc się z dziewczyną, która znalazła miejsce w moim sercu. I tak nadszedł dzień ostatni. Wieczorem wybraliśmy się na miasto (znowu muszę dziękować Opatrzności, że było ciepło i bezdeszczowo), spacerowaliśmy, podziwialiśmy gwiazdy i rozmawialiśmy, aż nastał świt dnia następnego. I wtedy doszliśmy do wniosku, że to już nie są relacje „brat-siostra”, a jednak coś głębszego.

Puentując naszą historię, stwierdzę, że podróże faktycznie łączą i dodają kolorytu naszemu życiu.

W następnym tygodniu zabierzemy Was już wspólnie na Bałkany.

10 uwag do wpisu “Sapanta – Wesołe harce umarłych

  1. To nie finał, ale początek czegoś pięknego, co nie każdemu dane 🙂 Mam nadzieję, że Wam się uda to wszystko, o czym myślicie 😉

    (trochę mnie nie było na blogu, stąd tak późny komentarz)

  2. Zawsze czegoś ciekawego dowiaduję się z Twoich relacji. Dziś to ten wesoły cmentarz.
    Podróże łączą, wiadomo!
    Serdecznie pozdrawiam

Powiedz nam, co sądzisz o naszym artykule