Góry Gutyjskie – rozmowy we mgle

Kolejnego dnia naszej rumuńskiej przygody mieliśmy w planach odwiedzenie skansenu, dwóch cerkwi i jeszcze kilkugodzinny wypad w góry. Wszystkie te miejsca, wydawały się ciekawe, więc nie było co zwlekać, tylko trzeba było wstawać skoro świt.

Tuż po śniadaniu, które już normalnie i bez przyczajki konsumowałem z Błękitnooką (jak pamiętacie pewnie z poprzedniego tekstu moją „siostrą” – grrrr). Załadowaliśmy się do autokaru i ruszyliśmy w kierunku miejscowości Barsana. Mieści się tam dość spory i dobrze utrzymany skansen cerkiewno-klasztorny. Gwoli ścisłości, tak naprawdę słowo skansen jest tu użyte trochę na wyrost, gdyż jest to zespół klasztorny. Pierwszy, który został wybudowany po obaleniu dyktatury N. Caucescu. Po podjechaniu na miejsce, wygodną asfaltową drogą doszliśmy do wejścia. Tuż za bramą ukazał nam się widok na strzeliste drewniane wieże budynków.

Prawie każdy z nich, można podziwiać wyłącznie z zewnątrz, choć istnieje kilka wyjątków, z których postanowiliśmy skorzystać. Spacerując wśród pięknie utrzymanej zieleni, ruszyliśmy w kierunku umieszczonej najwyżej cerkwi, która ze swoją ponad 50-cio metrową wieżą była jeszcze do niedawna najwyższym tego typu budynkiem w Rumunii. Mnie szczególnie ucieszyło to, że można było w niej bez problemu robić zdjęcia, czego owoc możecie oglądać poniżej.

Ostatnim budynkiem, który odwiedziłem, było niewielkie muzeum mieszczące się w jednym z większych, piętrowych budynków. Zgromadzono w nim dosłownie wszystko: ikony, sprzęty domowe, zastawę itp. Niby była wywieszona tabliczka z zakazem fotografowania, do której zamierzałem się zastosować, ale widząc, że nikt ze zwiedzających nie robi sobie wyrzutów z cykania fotek, też zacząłem uwieczniać otoczenie.

Gdy ja zwiedzałem wnętrza Błękitnooka spacerowała po alejkach i uwieczniała wszystko z zewnątrz. W pewnym momencie spojrzała pod nogi i wśród sporych kamieni, które się tam znajdowały zauważyła taki, w kształcie serca (czyżby jakiś znak?).

Kolejnymi punktami, które odwiedziliśmy były dwie cerkwie. Pierwszą z nich była cerkiew pod wezwaniem św. Mikołaja w Budesti. Wybudowana została w 1643 roku, a jej najbardziej charakterystycznym elementem jest wieża, której kształt jest ewenementem na skalę całego regionu. Dookoła budynku, wśród traw, stoją poprzekrzywiane, w większości drewniane, krzyże. Daty na nich wskazywały, że pochodzą z przełomu XIX i XX wieku. Gdy weszliśmy do środka na drewnie i wiszących, a właściwie przyklejonych gdzieniegdzie do ścian płótnach ujrzeliśmy pięknie malowane ikony. Urodę i niepowtarzalność tego miejsca uznała kapituła UNESCO, wpisując je na listę światowego dziedzictwa.

Drugą świątynią, którą odwiedziliśmy była cerkiew św. Paraskewy w Desesti. Jeśli nie jesteście znawcami historii żywotów świętych, to pewnie, tak jak i ja, nie macie pojęcia, kim była ta niewiasta (tak, to kobieta, też się zdziwiłem). Świat nie zna dokładnej daty jej narodzenia, wiadomo tylko, że było to w XI wieku, na terenach Imperium Osmańskiego, w dzisiejszej Serbii. Jej rodzina nie była zbyt zamożna, ale za to bardzo pobożna. Więc, jak pewnie się domyślacie, dziewczyna od najmłodszych lat nasiąkała wiarą. Gdy rodzice zmarli, a brat wstąpił do klasztoru (notabene, po latach dochrapał się honorów biskupich), Paraskewa postanowiła odwiedzić Ziemię Świętą. Podróż, oraz późniejsze doznania, wpłynęły na nią tak, że została pustelniczką, spędzającą czas na kontemplowaniu boskiej doskonałości. Żywiła się wyłącznie tym, co dała jej natura, a że pustynne tereny raczej skąpo obdarowują, to musiały jej wystarczyć korzonki i woda ze źródła. Po jej śmierci, hierarchowie kościoła docenili jej duchowe zaangażowanie w walkę ze „Złym” i wynieśli do rangi świętej. Jej kult, pewnie z racji urodzenia i zamieszkania, ogranicza się raczej do Bałkanów.

Spacerując pośród pięknego i zdawałoby się starszego, niż w rzeczywistości cmentarza przy cerkiewnego, rozmawiałem z Błękitnooką. Coraz bardziej, te nasze pogaduchy się wydłużały i dość często zaczynały odbiegać od otaczających nas zabytków i pięknej przyrody. Było naprawdę miło, choć cały czas kołatały mi w głowie dwa słowa „brat i siostra”.

Powoli dochodziło południe, a nas czekała jeszcze piesza, kilkugodzinna wycieczka w Góry Gutyjskie. Załadowaliśmy się więc do naszego środka transportu i ruszyliśmy w drogę, aby po chwili, już na własnych nogach, zagłębić się w spokojną i mglistą dzicz.

Naszym celem była piękna grań, o nazwie Creasta Cososului, czyli po polsku Koguci Grzebień. Gdy ruszaliśmy, nasz przewodnik stwierdził „Mikołaj, będziesz zamkiem”. Oznaczało to, ni mniej, ni więcej, że będę szedł na końcu i pilnował, żeby ludzie się nie pogubili. I choć fajnie, że docenił moje doświadczenie i odpowiedzialność, to przez myśl mi przeszło jedno słowo „cholera”. Spytacie pewnie czemu? No cóż, gdy pełni się tę funkcję, nie można być tam, gdzie się chce, TRZEBA być na końcu. Pomyślałem, że rozmowy z Błękitnooką, raczej skończą się na początku drogi.

Ruszyliśmy, najpierw przez ciemny i mokry po deszczach las. Wokół nas unosiła się woń leśnej wilgoci, którą bardzo lubię. Szło się dobrze i równym nie męczącym tempem. Co jakiś czas, musiałem się zatrzymywać i czekać, a później poganiać osoby, które postanowiły sprawdzić, czy wśród drzew nie ma porządnej toalety. Gdy tak szedłem, chwilami widziałem poruszające się gdzieś przede mną blond włosy Błękitnookiej. Po pewnym czasie, zaczęły się one jednak przybliżać, dziewczyna wyraźnie zwolniła i już po chwili szła koło mnie. Stwierdziła bowiem, że fajnie będzie sobie pogadać.

Po kilku godzinach przewodnik stwierdził, że robimy postój. W dalszą drogę, trochę bardziej stromą, mieli wyruszyć tylko Ci, którzy czuli się na siłach, aby zdobywać szczyt. Oczywiście znalazłem się w tej grupie i ja. Niestety rola „zamka”, nie skończyła się i dalej musiałem wlec się na końcu. W połowie drogi na górę (mojej, bo część grupy była już daleko w przodzie) zaczęło trochę grzmieć. Szliśmy jednak dalej. Gdy witałem się już z gąską, czytaj szczytem, usłyszałem z przodu wołanie przewodnika „Mikołaj, schodzimy, bo zaraz zmieni się pogoda, a ja muszę dbać o bezpieczeństwo grupy. Teraz Ty prowadzisz!”. Zacisnąłem zęby, spod których wydobyć się chciały ostre słowa przekleństw. Ale wiem jedno, w górach nie ma demokracji, decydujący głos należy zawsze do kierownika wyprawy, a był nim „D.”. Nie pozostało mi nic innego, jak zawrócić na pięcie i zacząć sprowadzać grupę. Błękitnooka, korzystając jednak z tego, że grupa była mocno rozciągnięta, wyrwała do przodu i to właśnie dzięki niej możecie podziwiać na zdjęciach piękno, niedostępnych dla mnie tamtego dnia skał.

Droga powrotna upłynęła nam w strugach deszczu, ślizganiu się na błocie i przekraczaniu zastępujących nam drogę potoków i wielkich kałuż. Ku mojej radości, po zdobyciu szczytu Błękitnooka szybko mnie dogoniła i czasami mogliśmy zamienić nawet kilka słów (no dobra, trochę więcej niż kilka).

Kolejny dzień miał być ostatnim dniem naszego wyjazdu przed powrotem do Polski. Mieliśmy zawadzić o miejsce, które było jednym z powodów mojego zainteresowania Rumunią, a dodatkowo jeszcze skansen i… więzienie. Opisy ich znajdziecie w następnym tekście, wyjaśni się też w nim, jak się potoczyła dalej moja historia z Błękitnooką.

7 uwag do wpisu “Góry Gutyjskie – rozmowy we mgle

  1. Przepiękne miejsca! Szczególnie podoba mi się ta cerkiew! Kompletnie nie znam Rumunii, a szkoda. Trzeba będzie to zmienić 🙂

    1. Ja do Rumunii wybierałem się kilka lat i w końcu mi się udało i powiem Ci, że było warto tam pojechać. Choć coraz więcej turystów już się tam zjeżdża to jeszcze czuje się tę dzikość. Wybierz się tam w miarę szybko, bo za kilka lat wedrze się do Rumunii pełna komercha i już nie będzie takiego klimatu 🙂

Dodaj komentarz