Maroko – #1 „Bardzo chciałbym zapomnieć…” – czy aby na pewno?

Zaniedbane domy w CasablanceCasablanca - biedna dzielnica miasta

Wielu z nas często myśli o tym, że chciałoby zapomnieć o jakiś chwilach, zdarzeniach czy traumach. Ja pewnie też wiele razy tak myślałem. Do czasu aż… wyjechałem do Maroko i wybrałem się w góry Atlas. Tam w wyniku wypadku lub napaści straciłem pamięć. Tak, tak nie pamiętałem całego swojego życia. Wszystkiego aż do momentu opuszczenia szpitala w Marakeszu.

Jak to się zaczęło?

Był rok 2016. Ta podróż miała być pewnie kolejną, z której relacjami miałem się z Wami dzielić. Nawet z tego co widziałem na blogu, zacząłem się z tego wywiązywać. No cóż, pech, karma, czy ludzka głupota zniweczyły moje plany.

„Nowe” życie

Moje „nowe” życie zaczęło się pewnego lutowego wieczora, z chwilą opuszczenia szpitala. Całkowicie zdezorientowany, bez bagażu i pieniędzy (130 dh, teoretycznie starcza na przysłowiowe waciki) zacząłem błąkać się po ulicach jednego z turystycznych marokańskich miast. W wielkim białym bandażu na głowie i twarzy w dużych świeżych strupach krwi, nie budziłem zbytniego zaufania. Prawdę mówiąc miałem to głęboko gdzieś. Po jakimś, bliżej nieokreślonym czasie, trafiłem na plac budowy, gdzie znużony schowałem się za krzakami i ułożyłem do snu na betonowej płycie. Temperatura kilka stopni powyżej zera, nie przerażała mnie, mój umysł przestał pracować. Chciałem tylko jednego – spać.

Dzień po nocy

Gdy obudziłem się zaczęło już szarzeć niebo, zaczynał się nowy dzień – mój pierwszy dzień walki o powrót z Maroko do kraju i odzyskanie pamięci.

Ze znalezionego w kieszeni moich bojówek paszportu poznałem swoje imię i nazwisko. Dowiedziałem się też, że jestem Polakiem. W głowie dudniły mi dwa słowa „konsulat” i „Agadir”. Powłócząc nogami (utrata krwi oraz brak jedzenia i wody), poczłapałem w kierunku, który wskazał mi napotkany po drodze człowiek. Po dość długim marszu, często przerywanym postojami na złapanie oddechu, dotarłem w okolice dworca kolejowego i autobusowego w Marakeszu. Jacyś ludzie wskazali mi kasy tego drugiego. Ledwie słyszalnym i drżącym głosem spytałem o cenę biletu do Agadiru. I tu moje pierwsze zdziwienie – 100 dh, opaczność nade mną czuwała. Kupiłem bilet. Mój autobus odjeżdżał za 4 godziny, usiadłem więc na siedzeniu w poczekalni i zapadłem w sen.

Nie dane mi jednak było wypocząć, mój niechlujny wygląd oraz ubranie i buty przesiąknięte zaschłą krwią przyciągnęły uwagę policjanta. Zaczął coś do mnie mówić. No tak, ale bądź tu człowieku mądry i zrozum arabski. Sięgnąłem więc do kieszeni i podałem mu mój bilet – o dziwo wystarczyło, odczepił się. Gdy znowu przysypiałem, ten uparty gość znowu stanął przede mną. Grrr – czego on znowu chce pomyślałem. A on zaczął dawać mi znaki, żebym za nim poszedł, co było robić wstałem i poszedłem.

Wyszliśmy przed budynek, a on zaczyna pokazywać mi moją kieszeń, po raz kolejny wyciągnąłem i pokazałem mu bilet. Facet go złapał, wyciągnął długopis i zaczął skreślać informacje o godzinie odjazdu i miejscu w autobusie. Zawzięcie przy tym coś mówił (oczywiście po arabsku). Za chwilę wziął mnie pod rękę i zaprowadził do stojącego nieopodal autobusu. Palcem wskazał na tablicę z kierunkiem jazdy i wepchnął mnie do środka. Okazało się, że we wcześniejszym autobusie do Agadiru, było jedno miejsce wolne. Idę spać pomyślałem i tak też zrobiłem. Spałem całą drogę przez piękne krajobrazy Maroko.

Agadir – początki

Po kilku godzinach jazdy, bynajmniej nie pokrzepiony snem, wraz z innymi ludźmi wyszedłem na płytę dworca w Agadirze. Maroko jest państwem policyjnym, więc nie miałem problemu ze znalezieniem policjanta, którego zacząłem wypytywać o konsulat. No dobrze, wypytywać to za dużo powiedziane, rzucałem słowami – nic nie pamiętam, gdzie jest polski konsulat, proszę o pomoc. Po konsultacjach ze swoim kolegą, policjant wskazał mi drogę na… komisariat policji. Gdy po około 20 minutach doczłapałem we wskazane miejsce okazało się, że niestety nikt tam nie zna angielskiego. Maroko to kraj francuskojęzyczny, a i w tym języku wielu nie potrafi tam rozmawiać.

Po kolejnych konsultacjach wsadzono mnie do przejeżdżającej taksówki i podano taksówkarzowi cel podróży. O jak ja się głupi cieszyłem, że zaraz trafię w polskie ręce. Taksówka zatrzymała się pod dużym budynkiem, który okazał się głównym komisariatem policji w Agadirze. Kolejne drobniaki opuściły moją kieszeń. Znowu od początku zacząłem tłumaczyć, o co mi chodzi i znowu zostałem odesłany. Tym razem na drugą stronę budynku, gdzie w końcu ktoś mnie zrozumiał. Po 10 minutach oczekiwania dostałem karteczkę z dwoma numerami telefonu i informacją, że w Agadirze nie ma polskiego konsulatu i mam sobie do niego zadzwonić. Dla nich sprawa była załatwiona, nawet nie chciano mi użyczyć telefonu (mój został skradziony).

Cień nadziei

Zrezygnowany wyszedłem na ulicę i nie wiedząc gdzie się udać, zacząłem pierwszy raz tego dnia płakać. I wtedy natknąłem się na wychodzącego z pracy, porządnie i schludnie wyglądającego policjanta. O dziwo podszedł do mnie i spytał po angielsku co się stało, gdy wyjaśniłem mu ciągle zalewając się łzami jaki mam problem. Wziął ode mnie kartkę z numerami i wyciągnął swój telefon. Niestety się nie dodzwonił, ale nie poddał się. Powiedział mi, że mam iść za nim i wsiedliśmy do jego prywatnego samochodu, po czym pojechał ze mną na posterunek policji turystycznej, gdzie od wejścia zrobił straszną awanturę, po której od razu się mną zajęto.

Dostałem małą butelkę wody, a po chwili podjechał policyjny bus, do którego przedniej kabiny mnie załadowano. Około pół godziny krążyliśmy po mieście. W końcu się zatrzymaliśmy. Głowa sama mi już opadała i zaczynał się kolejny etap mojej „wszystkojedności”. Poczułem lekkie szturchnięcie, to młody policjant w koszulce z dużym sierpem i młotem okraszonej napisem CCCP, coś mi z uśmiechem pokazywał. Gdy mój wzrok podążył za jego palcem, ujrzałem łopoczącą na wietrze flagę. Miała barwy biało-czerwone, a na jej środku dumnie prężył pierś orzeł w koronie. Znowu poleciały mi łzy, tym razem z radości i ulgi.

Niestety po około 20-minutowym postoju pod, jak się później okazało, polskim konsulatem honorowym, pojechaliśmy znowu na komisariat policji. Powiedziano mi, że mam się nie denerwować, bo wszystko już będzie OK. Zaraz miał przyjść, ktoś znający język polski i zająć się moją sprawą. „Zaraz” trwało kilka godzin, w czasie których zapadłem w sen. Obudził mnie stojący mieszkaniec Maroko. Łamanym polskim, uspokoił mnie, że wszystko już jest załatwione i zaraz pojedziemy do hotelu, gdzie będę przebywał aż do wylotu do Polski.

Dalszą część mojej marokańskiej historii opisuję w tekście Maroko – #2 „la memoire marocaine”.

23 Comments

  1. Gdyby nie to, że zdarzyło Ci się to naprawdę, można by mysleć, że to scenariusz jakiegoś kryminału. Ale jesteś w Polsce, żyjesz, zatem mogę spokojnie poczekać na dalszy ciąg opowieści.
    Wesołych Świąt! 🙂

    • Też byłoby mi trudno w to uwierzyć – teraz patrzę na te wydarzenia trochę z dystansu (dzięki psychologowi i przyjaciołom), ale wtedy to był koszmar. Dziękuję za życzenia i też Ci życzę Wesołych Świąt 🙂

      • Moi znajomi przeżyli w Maroko nieco podobną przygodę, na granicy koszmaru, wybrali się na zwiedzanie Maroka na własną rękę. Kilka razy mieli sytuacje krytyczne, ale jakieś anioły czuwały 🙂

    • Dziękuję 🙂
      Uważam, że życie trzeba brać takie jakim jest i iść dalej.
      Chociaż wtedy byłem zdezorientowany i przerażony, to teraz wiem, że mam wspaniałych przyjaciół, na których mogę liczyć, w każdej sytuacji.

  2. […] Przekraczając Granice – jeśli lubicie podróże, spodoba Wam się na pewno. Ale to, co dziś polecam Wam szczególnie to trzy najnowsze wpisy. Trzy teksty, które czyta się jak dobry kryminał, a na ich podstawie spokojnie by można nakręcić pełen sensacji serial. Maroko, wypadek lub napad (okoliczności trudno określić), w którego wyniku główny bohater traci całą pamięć. Jak wrócił do Polski? Czy uda mu się odzyskać wspomnienia? Jak wygląda życie człowieka, który ze swojego życia nie pamięta ani minuty? Mikołaj, jeśli to czytasz, wiedz, że mocno Ci kibicuję. I jeśli z tego wyjdziesz (a wyjdziesz na pewno), nie będzie granicy, której nie zdołasz przekroczyć! Warto zacząć tu: „Bardzo chciałbym zapomnieć…” – czy aby na pewno? […]

    • Primocappuccino dziękuję Ci za słowa otuchy. Lekarze są dobrej myśli, więc i ja jestem przepełniony nadzieją, że wszystko wróci. Strach już mi minął, czasami wkrada się jeszcze zwątpienie i zdezorientowanie, ale walczę z tym, a dzięki pomocy przyjaciół, znajomych, a czasami i osób postronnych składam swoją przeszłość do kupy.
      Jedno wiem na pewno zdarzenie, które mnie spotkało nie zabiło we mnie pasji do podróży, gdy słyszę relacje znajomych, gdy przeglądam mojego bloga oraz wykonane przeze mnie zdjęcia, twierdzę, że świat jest piękny i warto go poznawać. Ja teraz robię to na nowo, na razie poznaję miasto, w którym się wychowałem, potem, gdy już przejdę proces rekonwalescencji (a więc raczej w przyszłym roku) mam zamiar odwiedzić miejsca, które podobno bardzo lubiłem – Włochy i Paryż.
      Ważne jest też dla mnie to, że wiem, że wokół mnie jest wiele życzliwych osób, które kibicują mi w powrocie do zdrowia, dodaje to naprawdę dużo siły.

  3. […] Była ona dla mnie dość szczególna, ponieważ przez ostatni rok w moim życiu dużo się działo, przez moje życie przeszło kilka zawirowań, a nawet dość pokaźna trąba powietrzna, o której wiecie z moich tekstów (a jeśli jeszcze nie to pierwszy z nich znajdziecie tutaj). […]

  4. […] pewnie większość z Was wie od lutego 2016 roku, po wydarzeniach, które opisałem w tekstach: „Bardzo chciałbym zapomnieć… – czy aby na pewno?”, „la memoire marocaine”, oraz „Myślał indyk o niedzieli…”, zacząłem odkrywać […]

  5. Dzień dobry. To ja, Ewa Maria. Panu (Ci?) podobają się wpisy na moim blogu, a ja dziś po raz pierwszy wpadłam na pomysł, żeby przeczytać jeden z sugerowanych przez WordPressa wpisów na Pana blogu i od Zeromskiego i Harleyów trafiłam na ten właśnie – przejmujący – post o utacie pamięci w Maroku. Chętnie bym go zreblogowała, ale ma on zarówno historię poprzedzającą jak i następną, pytam więc raczej o to, czy zechciałby Pan (choć może jednak Ty) przygotować mi kilka wpisów, pozwalających czytelnikowi poznać tę straszną (ale wydaje mi się, że i optymistyczną) historię. Jestem uczciwą blogerką-adminką, zawsze więc nadmieniam, że dany wpis to „reblog” i podaję linka do blogu czy tekstu autora.
    Gdybyśmy mieli dojść do porozumienia (a nie widzę powodu, dla którego nie mielibyśmy :-)), to opublikowałabym te teksty w kolejne czwartki (to dzień od jakiegoś czasu przeznaczoby na teksty o pordróżach), poczynając od Bożego Ciała czyli 15 czerwca.
    Pozdrawiam
    Ewa Maria Slaska

  6. Jak zwykle świetny tekst. Dzięki. Ubezpieczenie to podstawa, szczególnie poza Europą.

  7. Ale historia. To musiało być bardzo trudne – nie zazdroszczę.
    A wiesz w ogóle jak do tego doszło, że wylądowałeś w szpitalu?

Powiedz nam, co sądzisz o tym artykule