Tongue dno - North Coast 500

Szkocja – na północ North Coast 500

Wyjeżdżając z Inchnadamph wiedzieliśmy, że kierujemy się na północ North Coast 500. Są to tereny mniej uczęszczane przez turystów, czasami przez dłuższy czas nikogo nie widać na horyzoncie. Tego dnia podróży odwiedziliśmy opuszczone zamki, przepiękne plaże i ogromną jaskinię. Zajrzeliśmy też do muzeum mieszczącego się na cmentarzu oraz trafiliśmy do szkockiej mekki surferów i kajakarzy.

Loch Assynt

Mapa - na północ North Coast 500

Jak wiecie z poprzedniego tekstu North Coast 500 – początek, na nocleg zatrzymaliśmy się w górskim schronisku. Rano zaraz po opuszczeniu Inchnadamph, gdy ruszyliśmy na północ North Coast 500, podjechaliśmy do brzegów Loch Assynt. Uważa się, że jest ono jednym z najpiękniej położonych w Szkocji. Okalają je wzniesienia i góry oraz wpływają do niego liczne potoki i rzeki górskie. Wszystko wokół jest pokryte bujną i soczystą zielenią. Miejsce to podobno jest rajem dla wędkarzy, którzy mogą tam łowić jedyną niemigrującą rybę w Szkocji – brązowego pstrąga. Poza tym pływają tam łososie atlantyckie, trocie oraz pstrągi morskie i źródlane.

Legenda Assynt

Jak wiele miejsc również i to posiada swoją legendę. Ponoć w dawnych czasach mieszkający na tych terenach członkowie klanu MacLeods postanowili wybudować zamek. Nie za bardzo im to wychodziło, więc poprosili o pomoc Clootie (szkocka nazwa diabła). Ten oczywiście przystał na ich prośbę, jednak zażyczył sobie córki gospodarza. Kiedy ta miała już być wydana czartowi, wskoczyła do jeziora i zamieniła się w syrenę. Dzisiaj gdy płacze, woda w Loch Assynt podnosi swój poziom.

Ardvreck Castle

Ile jest prawdy w legendzie, tego nie będziemy oceniać, pokażemy Wam jednak prawdziwy zamek stojący nad tym jeziorem. Właściwie to jego ruiny, które od prawie trzech wieków zarastają roślinnością.

Ardvreck Castle został wybudowany około 1490 roku przez członków klanu MacLeods. Gdyby nie pewne wydarzenie z XVII wieku, nie byłoby co o nim wspominać. Dowiedzieliśmy się, że kiedy w 1650 roku uciekający przed oddziałami rządowymi Markiz Montrose poprosił o schronienie w Ardvreck Castle, został ugoszczony przez żonę właściciela (jego wtedy nie było w domu). Kobieta jednak po cichu sprzyjała rządowi i doniosła na uciekiniera. Wojsko przyjechało po niego i zakutego wywiozło do Edynburga, gdzie został stracony.

Wydarzenie to okryło niesławą klan MacLeods. Według szkockiej tradycji bowiem przyjmując pod swój dach gościa, powinno zapewnić mu się wszelką pomoc. Czyn ten wszedł do historii pod nazwą Zdrada Góralskiej Gościnności.

Może właśnie dlatego historia zemściła się na rodzie właścicieli, bo 22 lata później zamek został przejęty przez klan MacKensies. W 1726 roku postanowili oni wybudować okazały dom kilkaset metrów dalej. Za materiał budulcowy służyły kamienie ze ścian zamku. Może zły czas, a może zemsta pływającej w jeziorze syreny spowodowała, że w 1737 roku dom spłonął. Od tej pory nikt nie odbudował obu budowli i możemy podziwiać dzisiaj wyłącznie ruiny.

Kylesku

Po chwili zabawy z psem biegającym koło zamku ruszyliśmy dalej na północ North Coast 500. Harce z czworonogiem spowodowały, że postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę przy drodze, aby coś zjeść i skorzystać z toalety. Szybkie spojrzenie i podjęliśmy decyzję. Za moment będziemy mijać jakąś małą knajpkę nad Loch Gleann Dubh.

Rock Stop Cafe

Na łuku drogi ukazał nam się domek, a obok niego tabliczka z napisem Rock Stop Cafe. Zatrzymaliśmy samochód na niewielkim parkingu i weszliśmy do środka. Zamówiliśmy coś przy ladzie i usiedliśmy przy stoliku. Podczas rozmowy zwróciliśmy uwagę na kolejne pomieszczenie znajdujące się na drugim końcu sali. Po posiłku poszliśmy tam i zdziwiliśmy się. W sporym pokoju wystawiono wiele skalnych eksponatów, a ściany przyozdobione zostały tablicami informującymi o budowie geologicznej otaczających nas terenów. Siedząc na wygodnej kanapie, mogliśmy też obejrzeć film o tej tematyce.

Dowiedzieliśmy się, że w 1859 roku geolog James Nicol podróżując w tych stronach, rozwinął teorię uskoku tektonicznego. Podobno wybierając się na wyprawę jednym z dwóch okolicznych szlaków, można obserwować ruchy tektoniczne, które miały miejsce w tej części Szkocji w minionych milleniach.

Kylesku Bridge

Około dwa kilometry od Rock Stop Cafe przejechaliśmy przez most Kylesku Bridge. Łączy on dwa jeziora. Wspomniane już wcześniej Loch Gleann Dubh oraz Loch a’Chairn Bhain. Wyobraźcie sobie, że do 1994 roku można było przeprawiać się tędy wyłącznie dość drogim promem. Alternatywą dla niego była droga objazdowa, która liczyła 150 km. Dobrze, że nie podróżowaliśmy w tamtych czasach.

W tym miejscu dowiedzieliśmy się również, że w Kylesku można wykupić rejs statkiem, podczas którego podziwia się najwyższy wodospad Wielkiej Brytanii – Eas a’Chual Aluinn. My nie skorzystaliśmy, bo gonił nas czas, ale jeśli chcecie się tam wybrać, to podajemy namiary na przewoźnika Kylesku boat tours.

Durness

Po kilku godzinach jazdy na północ North Coast 500 dotarliśmy wreszcie nad wybrzeże do wsi Durness. Jest ona uważana za najbardziej wysuniętą na północny-zachód miejscowością Szkocji znajdującą się na stałym lądzie. Ma ona bogaty rodowód, bo już w I wieku p.n.e. osiedlili się tam ludzie.

Sango Sands

Pierwszym miejscem do którego dotarliśmy, była zatoka Sango Bay. Z wysokich klifów rozciągał się widok na Sango Sands, szeroką i piaszczystą plażę położoną pomiędzy wysokimi klifami. Wyrastały z niej najróżniejsze formacje skalne, tworzące niezapomniane widoki.

Kiedy zeszliśmy na dół i spacerowaliśmy po piasku, byliśmy skłonni zgodzić się z opinią wielu osób mówiących, że Sango Sands jest jedną z najpiękniejszych plaż w Szkocji. Zresztą zobaczcie sami na zdjęciach.

Smoo Cave

Kilka minut jazdy od Sango Sands znajduje się kolejne miejsce, które odwiedziliśmy. Jest nim duża, wciśnięta w smukły fiord jaskinia Smoo Cave. Aby do niej dotrzeć, zatrzymaliśmy się przy potoku Allt Smoo i musieliśmy zejść po schodach prowadzących w dół klifu.

Już samo wejście do jaskini robi spore wrażenie. Wysokie na kilka, a może miejscami nawet kilkanaście metrów stropy nikną w głębi klifu. Gdy tam byliśmy, wewnątrz panował całkiem przyjemny chłód. My zdecydowaliśmy się tylko na przejście po krótkim mostku, z którego widać wodospad wpadający do jaskini przez otwór w stropie. Można jeszcze wybrać się na krótki rejs pontonem wgłąb ciemnych czeluści (koszt to 5 funtów). Odstraszyła nas jednak kolejka.

Pozostałe atrakcje Durness

Jeśli wybralibyście się na zachód, traficie na Clo Mor Cliffs, będące najwyższymi tego typu formacjami w całej Wielkiej Brytanii. Ich wysokość dochodzi do 280 metrów. Muszą robić niesamowite wrażenie.

Kojarzycie Johna Lennona? No jakże by nie. W czasach swojej młodości odwiedzał często Durness. Jego ciotka miała tam dom, a młody John przyjeżdżał pomagać go naprawiać, a przy okazji spacerował po plaży Sango Sands. Wydarzenia te upamiętnia pomnik wystawiony słynnemu muzykowi, po tym jak wrócił na jakiś czas w te strony z Yoko Ono.

Północne wybrzeże Szkocji

Po odwiedzeniu Smoo Cave ruszyliśmy dalej na północ North Coast 500. Pogoda nam dopisywała, więc z radością zatrzymywaliśmy się w kolejnych, tych zaplanowanych i niezaplanowanych punktach trasy.

Ceannabeinne Beach

Całkiem niedaleko jaskini, bo około 3 kilometry na wschód, pozostawiliśmy samochód na niewielkim parkingu. Przed nami rozpościerał się widok na przepiękną szeroką piaszczystą plażę, była całkowicie pusta. Rozumiemy, że amatorów kąpieli odstraszała pewnie temperatura wody, ale czemu nikt tam nie spacerował.

Ceannabeinne Beach choć zjawiskowa, to posiada swoją mroczną historię. Wiele lat temu, po tym jak odnaleziono na niej spaloną kobietę, została nazwana „Plażą żałoby i śmierci”. To nie jedyne jej powiązanie z końcem ludzkiego życia. Z jej brzegów widać wyspę Eilean Hoan. Dzisiaj jest ona rezerwatem przyrody, ale kiedyś chowano na niej zmarłych.

Loch Eriboll

Kierując się dalej na wschód (w końcu tam musi być jakaś cywilizacja), przemierzaliśmy zielone pustkowia, ogrodzone czasami niskimi kamiennymi płotkami. Przy jednym z nich zauważyliśmy stojącą samotnie czerwoną budkę telefoniczną. O dziwo nie dość, że telefon działał, to jeszcze była w niej książka telefoniczna. Spróbujcie taką znaleźć w Polsce.

Po pokonaniu kolejnych kilometrów musieliśmy objechać głęboko wcinający się w ląd fiord Loch Eriboll, jeden z najgłębszych w Szkocji. Wokół niego rozciągają się zbudowane z wapieni wzgórza. Niektórzy twierdzą, że w pochmurne dni, gdy cienie kładą się na stokach, można doszukać się w ich kształtach duchów poległych dawno wojowników.

Nas zainteresował jednak pewien obiekt. Wybudowany na wystającym z lądu cyplu betonowy budynek skrywały nierówności terenu. Przed nami znajdował się stary kamieniołom, w którym wydobywano i palono wapień.

Loch Eriboll to również dawna baza żołnierzy strzegących konwojów morskich. Tam też na końcu II wojny światowej alianci przejęli 33 poddające się niemieckie U-Boot’y. Podobno w tych okolicach można też wypatrzyć wylegujące się na brzegu morświny. Nam to się nie udało.

Przez Moine do Tongue

Kiedy brzegi Loch Eriboll zostawiliśmy za sobą, wjechaliśmy na rozległe wrzosowiska i torfowiska Moine. Jeszcze 200 lat temu nie prowadziła przez nie żadna oznaczona droga. Oczywiście miejscowi znali przejścia i skróty, ale dla przyjezdnych były to tereny nieprzebyte.

Gdy wybudowano w 1830 roku pierwszy trakt przecinający te pustkowia, postawiono też jeden samotnie stojący dom. Dzisiaj to ruina, po której pozostały tylko ściany. Ktoś na nich ćwiczy swoje umiejętności w tworzeniu graffiti.

Jadąc, a najlepiej idąc, przez Moine doświadcza się uczucia ogromu i spokoju natury. Falujące na wietrze trawy, szum strumieni i plusk wody w niewielkich oczkach wodnych jeziorek powodują, że człowiek oddziela się od zgiełku panującego w dużych miastach i ma chęć powrócić do swoich korzeni.

Po pewnym, niezbyt długim czasie dojechaliśmy do czegoś, co oznaczono na mapach Google jako most. Nam bardziej przypominało groblę przecinającą Kyle of Tongue. Miejsce to zostało wciągnięte na listę NSA (National Scenic Area), która ma chronić tereny o wyjątkowej scenerii i walorach krajobrazowych.

My na miejsce dotarliśmy podczas odpływu. I bardzo sobie to chwalimy. Zatrzymaliśmy się na parkingu dla karawanów, a dzięki temu, że woda opadła, mogliśmy zejść na dno tego fiordu i spacerować po powstałej plaży. Piękna pogoda pozwoliła nam też na podziwianie majaczących w oddali szczytów Ben Hope i Ben Loyal. Na ich tle wynurzyły się ruiny wybudowanego najprawdopodobniej w XIV wieku zamku Varrich, będącego główną siedzibą rodu Mackay. Został on postawiony na XI-wiecznej osadzie normańskiej.

Strathnaver Museum

Droga na północ North Coast 500 prowadzi przez małą miejscowość o nazwie Bettyhill. Można w niej znaleźć camping dla karawanów czy całkiem ładną plażę. Nas jednak zainteresowało pewne muzeum. Biorąc pod uwagę eksponaty, które się w nim znajdują, może nie wyróżnia się niczym szczególnym. Tematyką nawiązuje do historii okolicznych terenów oraz rodu Mackay. Możecie tam zobaczyć np.: ambonę z XVIII wieku, kadłub statku rozbitego w XIX wieku, naczynia z epoki brązu lub narzędzia do cięcia torfu. Ot, taki zbiór wszystkiego, co można było odszukać w babcinych piwnicach czy przydomowych ogródkach.

Co więc jest w nim takiego specyficznego? Strathnaver Museum znajduje się na… czynnym cmentarzu. Kiedy podeszliśmy pod jego bramy, wszystko wydawało się pozamykane. Po chwili jednak znaleźliśmy otwartą furtkę i zaczęliśmy spacerować. Światło pięknie oświetlało znajdujące się tam nagrobki. Najstarsze pochodzą z IX wieku, więc trochę lat już mają i trudno na nich coś odczytać.

Marie Curie Cancer Care Field of Hope

Pomiędzy miejscowościami Strathy a Melvich znajduje się miejsce, które gdy przeglądaliśmy mapy, wydało nam się interesujące. Nie będziemy ukrywać, nie mieliśmy bladego pojęcia czym jest, dopóki tam nie zawitaliśmy. Tym, co nas przyciągnęło, było nazwisko Marie Curie. Nim tam jednak dotarliśmy, drogę zagrodziły nam… szkockie krowy. Ogromne, włochate i z wielkimi rogami budziły respekt, ale i chęć przytulenia.

W 2007 roku uczniowie szkoły podstawowej w Melvich postanowili podnieść świadomość o potrzebie wspierania Marie Curie Cancer Care. W tym celu przy drodze North Coast 500 zostało stworzone Pole Pamięci, na którym zasadzono 2000 żonkili. Miały one przyciągać wzrok przejeżdżających i wzbudzać ich zainteresowanie słuszną sprawą, jaką zajmuje się organizacja.

A o jaką sprawę chodzi? Marie Curie Cancer Care zapewnia opiekę dziesiątkom tysięcy osób śmiertelnie chorych. Prawie trzy tysiące pracowników służby zdrowia – lekarzy, psychologów, pielęgniarek czy opiekunów – niesie wytchnienie umierającym. Ta organizacja działająca od 1948 roku utrzymuje się z datków. Jeśli chcielibyście bliżej zapoznać się z jej działalnością, to zajrzyjcie na stronę Marie Curie.

Thurso

I tak przemierzając północną cześć North Coast 500 dotarliśmy do miejsca, w którym mieliśmy zatrzymać się na noc. Dziś Thurso jest mekką dla surferów i kajakarzy, kiedyś to własnie w tym miejscu zaczynały się drogi, które prowadziły wikingów wgłąb Szkocji. Sama nazwa tego miasteczka świadczy już o jego nordyckim pochodzeniu – Thorsa oznacza „rzeka boga Thora”.

My po odświeżeniu postanowiliśmy jeszcze zobaczyć, jak wygląda ta zdawałoby się w tych rejonach metropolia. Miasto mocno rozrosło się po II wojnie światowej, gdy zaczęli sprowadzać się do niego pracownicy pobliskiej, nowo wybudowanej elektrowni atomowej. Dziś jest ona już nieczynna, a jej budynki mijaliśmy, gdy dojeżdżaliśmy do Thurso.

Spacer sennymi nadmorskimi uliczkami prowadzącymi do długiej plaży wpłynął na nas kojąco. Z powodu pory dnia i roku nie widzieliśmy żadnych surferów, ale kilku kajakarzy pływających po oceanie już tak. Wzdłuż całego wybrzeża poustawiane były ławki, które przyciągnęły nasz wzrok. Na każdej z nich przyczepiona była tabliczka z adnotacją dotyczącą tego, czyjej pamięci jest ta konstrukcja. Bardzo ciekawe rozwiązanie pozwalające zachować wspomnienia po zmarłych.

Wracając na naszą kwaterę, mijaliśmy budynek kościoła. Kiedy do niego podeszliśmy okazało się, że… jest na sprzedaż. No cóż, podobno za pieniądze można kupić już wszystko. Gdy zostanie sprzedany, pewnie powstanie w nim jakiś klub, restauracja lub miejsce spotkań kulturalnych.

Nasza droga na północ North Coast 500 dobiegła końca. Kolejnego dnia odwiedziliśmy jeszcze okolicę Thurso i ruszyliśmy wschodnim wybrzeżem w kierunku Inverness. Ale o tym już w kolejnym tekście. Gwarantujemy Wam, że nie zabraknie w nim atrakcji.

13 uwag do wpisu “Szkocja – na północ North Coast 500

  1. Wreszcie doczekałem się dalszej części i z chęcią wrocilem wspomnieniami w te miejsca. Choć bywam tam kilka razy w roku nigdy mi się nie znudzi. Omineliście sandwood Beach? I Cape Wrath? No to trzeba wracać 😉 Mała poprawka…łowie na loch assynt czasami. Nie ma tam jak i prawie nigdzie w Szkocji pstragow zródlanych, chyba że w hodowli. Brown trout to po naszemu pstrąg potokowy a nie brązowy jakby mogło się wydawać;) A pstrąg morski czyli sea trout to po naszemu troć wędrowna 😉 Czekam na dalsze przygody i ciekaw jestem czy dojechaliście do duncasby head. Pozdrawiam 😉

Dodaj komentarz