Warmia – piękno natury i okrutne tortury

W kolejnym etapie naszej podróży po Warmii i Mazurach trafiliśmy do folwarku, którego początki sięgają XIII wieku, odwiedziliśmy małą miejscowość o ciekawej nazwie i postawiliśmy nogę na krzyżackim zamku. Mogliśmy też podziwiać piękne konie, bramę miejską z XV wieku oraz zapoznać się z narzędziami okrutnych tortur.

Jadąc samochodem, można przeoczyć ciekawy obiekt, jakim jest dworek folwarczny we wsi Kierpajny Wielkie. Początki osadnictwa w tym rejonie sięgają 1280 roku, co czyni to sioło (czyli małą wieś) dość starym zabytkiem. Niestety, z tego czasu nie zachowało się tam nic albo nic takiego nie odnaleźliśmy. Spacerując jednak po zamieszkanym gospodarstwie, mogliśmy podziwiać dworek, a właściwie cały zespół pałacowo-parkowy, wybudowany pod koniec XVIII wieku. Na ścianach budynku widać herby jego pierwszych właścicieli. Całość jest odnowiona i co więcej – zamieszkana. Kawałek dalej znajduje się również drewniana wozownia, której dach zwieńczają dwie wieżyczki. W czasach swojej świetności z folwarku zarządzano polami o łącznej wielkości ponad 250 hektarów.
Kierpajny Wielkie może nie są jakąś znaczącą budowlą historyczną, ale warto tam wpaść, gdy ma się trochę czasu. Można w nich poodpoczywać chwilę wśród przyrody, przywołując w wyobraźni dawne czasy. My powłóczyliśmy się trochę i pojechaliśmy dalej.

Po pokonaniu kilku wiejskich dróg zajechaliśmy na niewielki rynek otoczony kamienicami. Na jego środku ustawiony był ceglany Ratusz. Orneta to małe miasteczko, które przez wieki swojego istnienia często przechodziło z rąk do rąk. Rządzili w nim Polacy, Krzyżacy, Szwedzi i Prusowie. Tak liczne zmiany własnościowe nie pomagały w utrzymaniu spójności zabudowy, a wiele historycznych budynków zostało zniszczonych podczas oblężeń.
Historię miasta najlepiej poznawać w niewielkim muzeum mieszczącym się w zabudowaniach Ratusza. Swoje początki datuje on na XIV wiek. Podczas odwiedzin dowiedzieliśmy się, czemu w herbie Ornety umieszczony jest smok. Otóż według podań ludowych w dawnych czasach w grotach pod Ratuszem mieszkała olbrzymia bestia, która pożerała wszystko, co się ruszało. Nieważne dla niej było, czy obiadem stanie się piękna owieczka, czy dorodna dziewczyna (albo odwrotnie jak kto woli). Żaden dzielny rycerz nie był w stanie pokonać wielkiego jaszczura, aż w końcu przybył nieznany zakuty w zbroję człowiek, który po zażartej walce pokonał bestię. Nikt nie wie, kto to był, ale chodzą słuchy, że miasteczko ochronił sam św. Jerzy – pogromca smoków. Co byśmy nie myśleli o legendzie, musimy przyznać, że jest ona ciekawa i poetycka.
Z budynkiem Ratusza związana jest również inna ciekawostka, tym razem już nie bajka. Na szczycie ratuszowej wieży umieszczono najstarszy na Warmii dzwon, który przez lata obwieszczał okolicy ważne chwile.
Tuż obok rynku znajduje się prawie tak samo stara budowla. Kościół św. Jana Chrzciciela wybudowano w 1350 roku. Biorąc pod uwagę mnogość najazdów krzyżackich, polskich, a nawet zniszczenie miasta przez wojska Napoleona, trzeba przyznać, że świątynia trzyma się dość dobrze. Oczywiście była przebudowywana i modernizowana, ale jej wnętrza zachowały historyczne skarby. Warto więc zajrzeć do nich. Nam niestety udało się to jedynie przez jedno z okienek, bo drzwi pozostały na głucho zamknięte.

Opuściwszy Ornetę z lekkim niedosytem, udaliśmy się do Lidzbarka Warmińskiego. Jeśli lubicie jednorożce, to się Wam powinien spodobać. Co ma mityczny zwierzak wspólnego z Warmią? Jest uwieczniony w herbie Lidzbarka.
Pierwszymi panami miejscowości byli Krzyżacy, którzy wybudowali w niej już w 1301 roku swoje budowle. Niewiele późniejszym obiektem jest piękny, pochodzący z 1350 roku i doskonale odrestaurowany Zamek Biskupów Warmińskich. Przeprowadzili się oni do tego miasta po tym, jak z racji jego rosnących wpływów przeniesiono tam Biskupstwo Warmińskie. Dzięki ciągłemu rozwojowi grodu po pewnym czasie został on największym ośrodkiem w regionie. Jego dalsza historia wiązała się z przyłączeniem go do Królestwa Polskiego w 1466 roku.
Dzisiaj warto odwiedzić zamek (normalny bilet kosztuje 14 zł, a ulgowy 10 zł), gdzie poza wspaniałymi kolekcjami uwagę zwracają niesamowite wnętrza. Można tam też zobaczyć wystawę sztuki współczesnej, nam średnio przypadła ona do gustu.
Wstąpcie też na chwilę do Kolegiaty św. Apostołów Piotra i Pawła oraz przejdźcie się uliczkami tego miasteczka.

Jako następne na naszej liście były Galiny. Wieś, w której znajduje się XVIII-wieczny pałac z przylegającym do niego parkiem i zabudowaniami gospodarczymi. W jednej z części folwarku prowadzona jest obecnie stadnina koni. Wszystko to należało przez wiele lat do pruskiej rodziny szlacheckiej von Eulenburg. Jak udało nam się dowiedzieć, pałac jest jednym z nielicznych przykładów architektury renesansowej na terenach dawnych Prus Książęcych. I pomyśleć, że ta perełka mogła popaść w całkowitą ruinę, gdyby nie jej obecni właściciele, którzy nabyli ją w 1995 roku i odrestaurowali za własne pieniądze (na dotację ponoć nie było szans).
Budynki są dobrze utrzymane i warto tam trochę połazić, a jeśli chcecie chwilę wypocząć jak my, to zejdźcie do parku i posłuchajcie szumu wody i śpiewu ptaków.

Dzień wszedł już w swoją drugą fazę, wielkimi krokami zbliżając się do wieczora, a my chcieliśmy jeszcze zobaczyć dwa miejsca. Szybko więc wsiedliśmy do samochodu i kontynuowaliśmy podróż. W Bisztynku zatrzymaliśmy się nieopodal pochodzącej z końca XV wieku bramy miejskiej. Jedynej z trzech, jaka zachowała się do dzisiaj. Stamtąd dość spiesznym krokiem przeszliśmy w kierunku kościoła św. Macieja i Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa. Jego początki sięgają XIV wieku. Ponoć podczas konsekracji z podniesionej przez kapłana hostii zaczęły kapać krople krwi. Od tego czasu uznano, że miejsce to zostanie Sanktuarium Krwi Chrystusa. Wewnątrz znajdują się rokokowy ołtarz główny i pięknie wykonane organy. Mnie jednak do serca przypadł konfesjonał. Może dlatego, że ludzie lubią się przede mną otwierać, więc ta część wyposażenia jest mi niezwykle bliska.
Po chwili zadumy i czasie na zdjęcia ruszyliśmy do ostatniej atrakcji tego dnia.

Była nią miejscowość Reszel. A dokładnie mieszczący się w niej XIV-wieczny zamek. Znajduje się w nim oddział Muzeum Warmii i Mazur. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że spóźniliśmy się kilka minut i już zamykano. Jednak od czego ma się piękny uśmiech, spojrzenie kota ze Shreka i gadane. Po chwili mogliśmy podziwiać niesamowite narzędzia tortur. Powiem Wam, że biorąc pod uwagę moją wyobraźnię, spodziewałem się gęsiej skórki. I nie zawiodłem się. Piekielne maszyny przyozdobione barwnymi opisami zrobiły na nas naprawdę wielkie wrażenie.
Obok tych znanych i powszechnie stosowanych, były takie perełki jak:
– zgniatacz głowy (Machina, dzięki której oprawca, a w późniejszych latach przesłuchujący doprowadzał w kolejności do zgniecenia szczęki, kości policzkowych, a na końcu mózgu. Na ile zeznania wydobywane dzięki niej były prawdziwe tego nie wiem, ale podejrzewam, że zawsze zgadzały się z wersją oprawców)
– flet hańby (Dużo łagodniejsza kara, choć niewątpliwie uciążliwa. Na szyję skazanego zakładano obrożę z przymocowanym do niej kijem, do którego przykładano i unieruchamiano dłonie. Kto podlegał tej karze? Fałszujący muzycy i ci, którzy źle zachowywali się w kościele. Dobrze, że już się jej nie stosuje, bo miałbym mały problem)
– kotwica pokory (Krzyżacy lubili stosować tę karę. Szczególnie popularna była na zamkach w Malborku i Kwidzynie. Zatrzymanego unieruchamiano w sposób, który uniemożliwiał mu przyjęcie jakiejkolwiek naturalnej pozycji, co w efekcie prowadziło do ogromnych i niewyobrażalnych bólów całego ciała)
Te i inne machiny tortur znajdziecie na zamieszczonych poniżej zdjęciach. Ciągle nie możemy tego pojąć, jak ludzie mogą być tak okrutni wobec siebie nawzajem.
Reszel to jednak nie tylko zamek. Mimo zachodu, który zbliżał się nieubłaganie, postanowiliśmy przejść się jeszcze po tym miasteczku. Po chwili marszu znaleźliśmy się na wybudowanym w XIV wieku Moście Gotyckim. Swój prawdziwy majestat budowla ta pokazała jednak dopiero, gdy zeszliśmy do jej podnóża.
Nie udało nam się wejść do wybudowanego w połowie XIV wieku Kościoła św. Piotra i Pawła. Mieliśmy na to dużą ochotę, lecz niestety drzwi pozostały zamknięte.

Tak skończył się nasz dzień zwiedzania Warmii i tak kończy się ten tekst. Nie jest to jednak koniec podróży po Polsce, którą będziemy z Wami kontynuować na łamach naszego bloga. Na chwilę jednak przeniesiemy się w inne rejony, ponoć cieplejsze. Choć nam dały się we znaki dokładnie z drugiej strony. Nim jednak zabierzemy Was na „słoneczną” Sycylię, już za tydzień ukaże się prawdziwa perełka. Jest takie miejsce w Polsce, które dzięki pracy wielu ludzi promuje nasz piękny kraj na całym świecie. Jeśli chcecie wiedzieć, jakie i na czym ta promocja polega, zajrzyjcie do nas pod koniec przyszłego tygodnia. Gwarantujemy – będzie warto.

12 uwag do wpisu “Warmia – piękno natury i okrutne tortury

  1. Piękna Warmia! O Ornecie nigdy nie słyszałam. Szkoda tylko, że tak mało w pl zachowało się z najdawniejszych czasów. Ciekawe jak płynęło życie we wsi w XIII wieku… a równie bogaty zbiór narzędzi tortur widziałam niedawno we włoskim San Leo.

  2. Warmia i Mazury to synonim mojego dzieciństwa:) Jeździłam tu z rodzicami, dawałam się przytapiać w jeziorach i nie przejmowałam się milionem ugryzień po komarach 🙂

Dodaj komentarz