Tańczący Derwisze

Gdyby ktoś poprosił mnie o podanie definicji Greka to musiałbym stwierdzić, że chyba najbardziej pasuje do tej narodowości odniesienie do derwiszy. Mistyków pozbawionych majątku, zaplątanych w swoim tańcu oderwanym od rzeczywistości dnia codziennego i mającym przybliżyć ich do bliżej nieokreślonej boskości. A skąd mi się w ogóle wzięli ci średniowieczni tancerze? No to może po kolei.

Gdy opuściłem już Akropol, ruszyłem wąskimi uliczkami w kierunku kolejnych atrakcji z początków naszej ery. Musiałem się spieszyć, bo ktoś wymyślił sobie, że skoro nie ma jeszcze sezonu to wszystkie ważniejsze ateńskie miejsca historyczne będą zamykane o 15:00. Jak dla mnie kompletny brak wyobraźni.

Klucząc wśród nielicznych otwartych o tej porze sklepików dotarłem w końcu do dość gwarnego miejsca jakim jest plac Monastiraki. Jest to jedno z głównych miejsc handlowych Aten, w którym co niedziela odbywa się duży pchli targ. Ja co prawda zawitałem tam w środku tygodnia, ale i tak w otaczających mnie zewsząd małych sklepikach i straganach mógłbym kupić dosłownie chyba wszystko. Jednak nie zakupy były moim celem na ten dzień, a poznawanie dawnych dziejów.

Pierwszym miejscem do którego skierowałem kroki był zajmujący jedno z centralnych miejsc placu kościół Pantanassa. To właśnie od potocznej nazwy tej świątyni (mały klasztor) pochodzi nazwa całego otaczającego ją terenu. Gdy wszedłem do środka i próbowałem zrobić kilka zdjęć zostałem opieprzony przez znajdującego się w nim zakonnika – „no foto” grzmiało za mną jeszcze przez chwilę, po wyjściu z tej jedynej pozostałości po klasztorze z X wieku.

Kolejną budowlą przyciągającą wzrok w tym miejscu jest również budynek sakralny. Wybudowany w połowie XVIII wieku meczet Tzistarakis. Świątynia ta zwieńczona sporą kopułą i wsparta z jednej strony na wysokich kolumnach zdaje się górować nad całym placem Monastiraki, przypominając czasy gdy w Atenach dominowali muzułmanie.

Tuż przy meczecie znajduje się wejście na ogrodzony plac skrywający jedną z najważniejszych kiedyś skarbnic ateńskiej wiedzy. Biblioteka Hadriana, nosząca nazwę od swojego budowniczego, została postawiona w pierwszej połowie II wieku i swoje podwoje udostępniała przez ok. 130 lat, do czasu gdy została zniszczona przez Herulów (barbarzyńskie plemię wschodniogermańskie).

Jeden z ówczesnych „blogerów podróżniczych” Pauzaniasz tak opisał to miejsce: „Budynek ze 100 kolumnami z frygijskiego marmuru, z salami z malowanymi sufitami, alabastrowymi ścianami i niszami z posągami, w których przechowywane były książki”. Dziś trudno sobie to wyobrazić.

Samo słowo biblioteka może trochę mylić, otóż kiedyś nie wypożyczano książek, a właściwie zwojów (były za drogie), uczeni mogli je studiować w murach bibliotecznych, a potem prowadzić uczone dysputy i wykłady w specjalnie przeznaczonych do tego celu salach i korytarzach.

Gdy tak sobie spacerowałem i robiłem zdjęcia nagle usłyszałem jakiś krzyk z odległości około 50 metrów. Facet wyglądający na strażnika wymachiwał rękami i coś gadał po grecku. Kurcze, znowu, pomyślałem, że pewnie w ferworze cykania fotek na coś nadepnąłem lub przeoczyłem jakąś informację o zakazie robienia zdjęć. Karnie podszedłem do gościa, a on zdziwiony co ja od niego chcę, przecież on woła innych turystów, którzy postanowili wleźć na pozostałości starej kolumny. Gdybym był bardziej spostrzegawczy to zauważył bym, że nie o mnie chodzi, ochroniarz miał bowiem dużą wadę wzroku i patrząc na mnie jego wzrok skierowany był obok.

Pomiędzy Biblioteką Hadriana, a Agorą Rzymską znajduje się z pozoru niepozorny kościół Panagia Grigorousa. Jest to jedno z najliczniej odwiedzanych miejsc pielgrzymkowych w greckiej stolicy, słynne z ponoć cudownej ikony Matki Boskiej będącej pamiątką po uchodźcach z Azji Mniejszej. Budynek jest dość nowy, bo został wybudowany w 1922 roku na miejscu zniszczonej wcześniej świątyni pochodzącej z przełomu XI i XII wieku. Do odbudowy użyto materiałów budowlanych pochodzących z ruin różnych greckich świątyń. Gdy wszedłem do środka, moim oczom ukazały się przepięknie pomalowane ściany i bogate zdobienia i co więcej, będę mógł je Wam pokazać, bo nikt mnie nie przeganiał gdy uniosłem aparat do oka.

Około 100 metrów dalej znajduje się stary rzymski rynek zwany Agorą Rzymską. Z jego świetności do dzisiaj nie zostało wiele, choć tzw. Wieża Wiatrów jest w dość dobrym stanie. Chcąc dostać się na teren agory trzeba zakupić w pobliskiej kamienicy bilet. Potem można już zacząć spacer wśród zniszczonych pozostałości po czasach świetności tego miejsca. W końcu stanąłem przed ośmioboczną Wieżą Wiatrów, której nazwa pochodzi od wykutych w niej „podobizn” wszystkich ośmiu panów wiatru: Zefira, Notosa, Apeliotesa, Boreasza, Skirona, Lipsa, Eurosa, Kajkiasa. A jakie było jej przeznaczenie? Pierwotnie budynek ten był tzw. wieżą zegarową, na każdej z zewnętrznych ścian znajdował się zegar słoneczny, a wewnątrz umieszczono zegar wodny, będący jednym z pierwszych mierników czasu (ten ostatni niestety nie dotrwał do naszych czasów).

W późniejszych latach wieżę zmieniono na świątynię chrześcijańską, a za czasów panowania muzułmanów została częścią kompleksu klasztornego derwiszów.

I to właśnie tym ostatnim chciałbym poświęcić chwilę. Derwisze byli wędrownymi żebrzącymi mnichami muzułmańskimi wyrażającymi swoje zaangażowanie w wiarę poprzez taniec. Nie były to jednak byle jakie wygibasy, a odzwierciedlenie ruchu ciał niebieskich po nieboskłonie. Aby móc w pełni poświecić się boskiemu tańcowi musieli oni dobrze orientować się w astronomii, a co za tym idzie w matematyce.

Pomyślcie – liczby i mistyka, od tego połączenia już niedaleko do numerologii. To właśnie derwisze w świecie arabskim rozwinęli tę dziedzinę.

Inne religie też miały takie zakony, ale… i tu właśnie zaczyna się powolny upadek tego zakonu. Derwisze postanowili pójść w swojej drodze do doskonałości dalej i połączyć doktryny dwóch dużych religii islamu i chrześcijaństwa. Na początku XX wieku spowodowało to, że w Europie właściwie praktycznie przestali istnieć. Można ich za to spotkać w Syrii, czy Iraku.

Niedaleko Agory Rzymskiej znajduje się jej starsza koleżanka Agora Grecka. Już w VI wieku p.n.e. toczyło się wokół jej budynków całe ateńskie życie. Mędrcy wygłaszali tu swoje teorie, sprzedawcy oferowali towary, a politycy agitowali mieszkańców. Dziś jest to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w Atenach. I wcale się nie dziwię, już przed wejściem można podziwiać rozciągnięte wzdłuż najstarszej linii metra pozostałości po dawnych budowlach.

Tuż za kasą biletową, po lewej stronie znajduje się w pełni zrekonstruowany duży budynek – Stoa Attalosa. Jego wnętrza kryją ciekawą kolekcję ceramiki i rzeźb antycznych, poza tym w upalny słoneczny dzień pozwalają na chwilę odetchnąć od żaru panującego na zewnątrz. Za nim trochę ukryty w cieniu drzew stoi świetnie zachowany, pochodzący z X wieku kościół Świętych Apostołów. Ponoć wnętrza kryją oryginalne malowidła naścienne. Niestety nie mogę tego potwierdzić, gdyż wejście pozostało na głucho zamknięte.

Gdy ruszyłem dalej podeszła do mnie kobieta i poinformowała, że Agora zostanie zamknięta za 30 minut. Przyspieszyłem więc kroku i już „na szybko” podziwiałem ruiny pozostałych budynków. W końcu stanąłem u podnóża wzniesienia, na którym mieści się Hefajstejon (o którym wspominałem już w poprzednim tekście). Jest to świątynia poświęcona Hefajstosowi i Atenie, a jej początki sięgają V wieku p.n.e. Niestety na dokładniejsze zapoznanie się z tym obiektem kultu nie miałem już czasu. Kilka zdjęć i musiałem ruszać w stronę wyjścia.

Resztę popołudnia spędziłem na wałęsaniu się uliczkami Aten i jeśli myślicie, że było to niezbyt ciekawe zajęcie to bardzo się mylicie. Wiecie już, że chociaż moje talenty malarskie zatrzymały się na etapie artystów epoki kamiennej, to uwielbiam podziwiać sztukę uliczną. A stolica Grecji jest rajem dla pasjonatów street artu. Poniżej trochę jej przejawów.

Aby nie zadręczać Was tylko „ruinami” w kolejnym tekście pokażę i opiszę między innymi muzeum, do którego trafiłem dzięki zamiłowaniu Greków do strajkowania, a które zainteresuje nie tylko dużych chłopców.

Jedna uwaga do wpisu “Tańczący Derwisze

Dodaj komentarz