Czarnogóra – Stara Oliwka i Wymarła Twierdza

Czarnogóra to kraj nie tylko przepięknych gór i krajobrazów, to również miejsce, gdzie znaleźć można wiele ciekawych zabytków lub interesujących miejsc. Dlatego po powrocie z Albanii postanowiliśmy chwilę tam zostać.

Gdy rano przekroczyliśmy granicę, skierowaliśmy się w kierunku miejscowości Mitrovica. To niezbyt turystycznie rozpropagowane miejsce nie przyciąga dużej rzeszy obieżyświatów. A w sumie warto o nie zawadzić. Znajduje się tam bowiem najstarsze drzewko oliwne w Europie, a jedno z najstarszych na świecie. Jego wiek szacowany jest na ponad 2000 lat. Prawda, że imponujące? Stara oliwka z Mitrovicy robi niesamowite wrażenie. Jej grube konary i dziwny w swoim kształcie szeroki pień powodują, że ciężko ją całą objąć na zdjęciu. Po jednej stronie jest nadpalona. Według ludowej historyjki stało się to za sprawą niesfornych graczy w karty, którzy pod jej konarami usiedli w cieniu i zapalili papierosy. Niechlujnie zgaszona zapałka spowodowała, że oliwka zaczęła płonąć. Dziś aby dostać się do niej, trzeba zapłacić niewielką opłatę, ale stanowczo warto to zrobić.

Po cyknięciu fotek ruszyliśmy w kierunku Starego Baru, miasta dziś wymarłego, w którym jest jednak dużo więcej turystów niż w położonym obok nowo wybudowanym Barze. A to za sprawą tego, że to właśnie tu historia odcisnęła swoje piętno na tej okolicy. Pierwsze zabudowania warowne postawili w tym miejscu ok. VI wieku Rzymianie i nazwali je Antibari (to dlatego, że po drugiej stronie Morza Adriatyckiego znajduje się włoskie miasto Bari). W późniejszych latach jak to często na Bałkanach bywało, pojawiali się w nim władcy państw ościennych. Do najbardziej znaczących należeli Wenecjanie i Imperium Osmańskie.

W czasach swojego rozkwitu Stary Bar był znaczącym ośrodkiem handlowym, który skutecznie konkurował z jednym z największych portów, jakim był w przeszłości Dubrownik. Niestety liczne wojny nie wpływały dobrze na stabilność miasta, a ostatecznie ta którą w XIX wieku wygrali Czarnogórcy przyniosła kres Starego Baru. Został on bowiem zniszczony, a następnie opuszczony przez mieszkańców, którzy w znacznej mierze przeprowadzili się do wybudowanego nieopodal Nowego Baru. Mury zaczęły się zawalać, dzikie zwierzęta buszowały wśród opuszczonych zabudowań. Całości dopełniło krótkie, bo 10-sekundowe, trzęsienie ziemi, które doprowadziło do zrujnowania tego kwitnącego kiedyś grodu. Przez jakiś czas nic się nie działo, aż w końcu zaczęto naprawiać to, co się zniszczyło, mając na uwadze zarobek na turystach. Czy się udało? Myślimy, że tak. Spacerując wśród zniszczonych murów Starego Baru, wprost chłonie się wyciekającą z każdej szczeliny historię, można też podziwiać przepiękne widoki rozpościerające się z tego wzgórza. Po jednej stronie urzekają prawie „włoskie” gaje oliwne, po drugiej wzywają piechurów skalne szczyty górskie, a gdzieś w dole oczami wyobraźni (choć w tym wypadku bardziej uszami) można usłyszeć szumiące morze.

Zmęczeni panującym upałem skierowaliśmy się na pobliską plażę, leżącą przy przesmyku prowadzącym na sławną wyspę św. Stefana. Czemu sławną? Gdy wyspa powstawała, budowę jej domów finansowano z pieniędzy zrabowanych Turkom, a jak wiadomo kradzione nie tuczy i łatwo się rozchodzi. Powstawały tam więc luksusowe apartamenty. Jednak co dobre nie trwa wiecznie, w swoje władanie wyspę przejęli rybacy, a po wojnie została praktycznie opuszczona. Aby całkowicie nie popadła w ruinę, postanowiono przebudować ją na ogromny kompleks hotelowy z całą poboczną infrastrukturą. Pomysł wypalił i na wyspę zaczęły zjeżdżać znane osobistości, co dodało jej blasku. Dzisiaj jeśli chcielibyście tam przenocować, musielibyście liczyć się z dość wysokimi kosztami. My sobie darowaliśmy, jednak ok. 3000 euro za noc to „trochę” za dużo. Za to po spacerze brzegiem morza i chwili pływania w nim złapaliśmy spory zastrzyk energii i mogliśmy ruszyć na podbój kolejnej przygotowanej na ten dzień atrakcji.

Była nią, istniejąca już w IV wieku przed naszą erą, kiedyś osada, a dziś znane miasto Budva. Najbardziej wartą odwiedzenia jest stara część miasta, leżąca bezpośrednio nad Adriatykiem. Gdy przekroczyliśmy jej stare wysokie niczym w Dubrowniku mury miejskie, znaleźliśmy się w gąszczu wąskich uliczek. Poczułem się tam trochę jak w Wenecji.

Nasze zwiedzanie postanowiliśmy zacząć od kilku kościołów, tak aby później mieć czas na eksplorację uliczek i chwilę w jakiejś kawiarni.

Na pierwszy rzut poszła konkatedra pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Ta wybudowana na przełomie VIII i IX wieku budowla sakralna jest największym kościołem w tym rejonie. Przez prawie 1000 lat mieściła się tutaj siedziba biskupstwa, co dodawało rangi Budvie jako miastu. Wewnątrz kościoła znajduje się słynący ponoć łaskami obraz Matki Boskiej.

Kolejna tego typu budowla, na którą się natknęliśmy, to cerkiew Świętej Trójcy. To ta, którą sfotografowaliśmy razem ze stojącymi przy niej palmami. Dla odmiany jest to najmłodszy kościół w Budvie, wybudowany w XIX wieku. Jedyny też, w którego wnętrzach zrobiliśmy zdjęcia. Szczególnie zachwyciły nas malowidła naścienne.

Naprzeciw tego kościoła znajduje się kolejny. Tego jednak nie zauważyliśmy, myśląc, że to jeden z budynków w ciągu zabudowy. Nosi on nazwę Santa Marija in Punta. Został wybudowany już ponoć w IX wieku. Wiąże się z nim legenda mówiąca o tym, że powstał na miejscu, gdzie Hiszpanie dobili do brzegu i chcąc przekonać się, czy kraj jest chrześcijański, pozostawili obraz Matki Bożej.

Kolejnym punktem, ostatnim już na naszej liście, była cerkiew prawosławna św. Sawy. Początkowo była to świątynia katolicka, jednak w XVII wieku zmieniono jej przeznaczenie. Skoro jednak jesteśmy już przy św. Sawie, to wspomnimy Wam legendę związaną z nim i Budvą. Otóż, gdy święty przebywał w tym mieście, postanowił, że popłynie w dalszą drogę okrętem. Pogoda jednak mu nie sprzyjała, stan morza nie pozwalał na wpłynięcie statku do portu. Co zrobił Sawa? Drobiazg, złapał kilka wielkich skał i cisnął je do Adriatyku, a potem po nich podreptał na swój środek transportu. Ponoć pamiątką po tym wydarzeniu jest pobliska wyspa św. Mikołaja.

No dobra, zabytki zwiedzone, czas na spacery klimatycznymi uliczkami Budvy i odwiedziny w porcie jachtowym. Gdy tak przemierzaliśmy miejskie zakamarki, tym co najbardziej rzucało się w oczy, była bardzo duża liczba wałęsających się po ulicach kotów, co możecie zobaczyć na zdjęciach. Na koniec usiedliśmy na chwilę w knajpce i coś niecoś zwilżyliśmy usta. Problem w tym, że pomyliliśmy godzinę spotkania z grupą (jak to zakochani) i spóźniliśmy się kilkanaście minut. Ale nie było tak źle, nikt nas nie zlinczował.

Po całym dniu udaliśmy się na spoczynek do pięknie urządzonych apartamentów w pobliżu Kotoru, które to miasto mieliśmy między innymi zwiedzać w dniu następnym. Ale o tym to już w następnym tekście.

13 uwag do wpisu “Czarnogóra – Stara Oliwka i Wymarła Twierdza

  1. Z powyższych miejsc byłam tylko w Budvie. Stare miasteczko jest urokliwe, ale tylko z rana (gdy nie ma turystów) i raczej małe (nie ma za wiele zwiedzania). Czekam na opis Kotoru, bo tam bardziej mi się podobało.

  2. Turkus przy wyspie św. Stefana mnie kupił ;-)) Zobaczyłam go i zapomniałam o oliwce, jej historii i o całej reszcie, heh. Mózg wariuje na widok takiego koloru wody.

  3. Piękne zdjęcia – dla mnie szczególnie ciekawe, bo przyznaję, że do tego kraju jeszcze w ogóle nie zawitałem. Czekam na tanie loty z Polski, bo jazda samochodem przez pół Europy w moim przypadku odpada 🙂

    1. Rejony bardzo piękne, ja byłem tam na dłużej po raz pierwszy (wcześniej tylko w przelocie), Renia już odwiedzała Bałkany. Oboje wiemy, że tam wrócimy, do czego i Ciebie zachęcamy. Warto się tam wybrać 🙂

  4. Bardzo ciekawe miejsca- nie byłam jeszcze w żadnym z nich. No i te kociaki na zdjęciach super! Czekam
    Na ciąg dalszy 🙂

    1. To prawda kociaków strasznie tam dużo i nas również urzekły 🙂 Kolejne relacje z naszej podróży po Bałkanach ukazują się co tydzień, zachęcamy Cię również do poznania innych naszych tegorocznych destynacji. Dla nas szczególne miejsce już na zawsze zajmie Rumunia, która była przed Bałkanami.

Dodaj komentarz