pusta plaża o świcie w darłówku

Pomorze – godzina 5 minut 30

„Godzina piąta minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała” – tak się zaczyna jedna z bardziej znanych piosenek wojskowych. Czasem lubimy wstać wcześnie i rozpocząć zwiedzanie, bo mamy wtedy wyjątkową możliwość zobaczenia miejsc bez tłumów turystów. Odkryjcie z nami, jak piękne są nadbałtyckie plaże o świcie i czym urzekło nas Pomorze.

Po odwiedzeniu kilku miast na północ od Szczecina ruszyliśmy dalej do nadmorskiego Darłówka. Był to kolejny etap naszego objazdu wokół północnej i wschodniej Polski. Tym razem przyszedł czas na Pomorze. Było jednak już dość późno i słońce schowało się za widnokręgiem. Udaliśmy się od razu nad morze. Jak się pewnie domyślacie, niewiele było już widać. Dlatego kolejnego dnia wybraliśmy się na obchód naszej „noclegowni”.

Darłówko

Większość zna Darłówko z pięknych plaż i kąpieliska, które zostało otwarte już w 1814 roku. Swój spacer zaczęliśmy nie od udania się nad morze, a od poznania uliczek z ich pięknymi widokami. Samo Darłówko jest obecnie częścią miasta Darłowa, od którego oddziela je pas podmokłej strefy zieleni. O wschodzie miejsce to prezentuje się wprost bajkowo. Po pewnym czasie dotarliśmy do uregulowanej części Wieprzy – rzeki, która dzieli miasto na dwie części. Ten ciek wodny objęty jest też obszarem ochrony siedlisk Dolina Wieprzy i Studnicy.

Po drugiej stronie rzeki zobaczyłem wyłaniający się z porannych nadrzecznych mgieł budynek latarni morskiej. Został on wybudowany w XIX wieku i od tego czasu był kilkakrotnie rozbudowywany, a jego wieża była podwyższana. Dziś mimo że latarnia udostępniana jest zwiedzającym, to w dalszym ciągu pełni funkcje nawigacyjne. Promień jej światła naprowadzającego jest widoczny z ponad 27 kilometrów (czyli 15 mil morskich), poza tym oczywiście wyposażona została w radionadajnik.

Aby się do niej dostać, musielibyśmy pokonać Wieprzę, a najlepszy na to sposób to przekroczenie rozsuwanego mostu. Jest to jedyna tego typu budowla w Polsce. Przeprawa ta została wybudowana w 1988 roku w miejscu wcześniejszego mostu zwodzonego. Na jednym z jego końców wznosi się jakże futurystyczna budowla, o której później dowiedzieliśmy się, że jest wieżą sterowniczą. Ponoć wielu ludziom przypomina ona UFO. My jednak takiego podobieństwa się nie dopatrzyliśmy (może dlatego, że nigdy nie widzieliśmy pojazdu obcych).

Na koniec spaceru postanowiliśmy jeszcze wyskoczyć szybko na falochron. Poza nami byli tam tylko nieliczni wędkarze. Woda falując spokojnie, rozbijała się o betonowe nadbrzeże. Na chwilę zapomnieliśmy o całym świecie, wsłuchując się w szum morza.

Darłowo

Po śniadaniu ruszyliśmy dalej przez Pomorze, choć właściwie to już po kilku minutach byliśmy na miejscu. Pierwszym naszym przystankiem było bowiem Darłowo. Zatrzymaliśmy się przy kościele biednych i trędowatych. Oczywiście tę funkcję pełnił on w dawnych latach, a nie dzisiaj. Wybudowano go w XV wieku jako świątynię przyszpitalną. Kościół św. Jerzego dzisiaj należy do zakonu franciszkanów i otwierany jest jedynie w czasie mszy, więc nie liczyliśmy, że zobaczymy go w środku. A jednak! Szczęście czasami nam sprzyja, bo okazało się, że właśnie zaczynają się modlitwy i mogliśmy zrobić zdjęcie zza kraty. Tak, dobrze czytacie. Wewnątrz prosto urządzonego kościoła w ławkach siedziało kilka osób, odgradzała nas od nich zamknięta na cztery spusty krata. Czemu tak było? Niestety nie udało nam się dowiedzieć.

Gdy stanęliśmy przed następną budowlą, którą był Zamek Książąt Pomorskich wybudowany w drugiej połowie XIV wieku, zagotowało się w nas. Popieramy bardzo takie inicjatywy jak Noc Muzeów, przybliżają one bowiem wielu ludziom dostęp do zgromadzonych w muzeach zbiorów. Nie widzimy jednak w nich sensu, jeśli w kolejny dzień budynki są zamknięte dla zwiedzających. No cóż, zamek musimy zostawić sobie na później, bo na pewno warto go zwiedzić i poznać… snującą się po nim „białą damę” – księżną Zofię.

Rynek

Udaliśmy się więc w kierunku rynku. Tuż przed wejściem na niego powitał nas Stanisław Dulewicz, pierwszy powojenny burmistrz miasta. Mimo że na początku nie należał do partii socjalistycznej, powierzono mu tę funkcję ze względu na jego zdolności lingwistyczne. Poza językiem polskim znał jeszcze łacinę, niemiecki, francuski, grecki i ten najważniejszy w tamtych czasach – rosyjski. I choć jego kariera na tym stanowisku trwała dość krótko, to wielu obecnych włodarzy naszych miast mogłoby się od niego uczyć. W ciągu dwóch lat doprowadził do odbudowy linii kolejowej, uruchomił szpital, stocznię, port, doprowadził do założenia domu dziecka i utworzenia banku.

Około 100 metrów za plecami Stanisława Dulewicza wznosi się jedyna z czterech zachowanych historycznych bram miejskich. Nazywa się Bramą Kamienną, choć niektóre źródła i tradycja ludowa nadają jej nazwę Wysoka. Została wybudowana w XIV wieku, ale przez lata swojego istnienia wielokrotnie ją przebudowywano. Obecny wygląd pochodzi z pierwszej połowy XVIII wieku.

Na rynku przed wejściem do ratusza ustawiono w 1919 roku sporą fontannę z figurą rybaka na szczycie. Na czterech płytach ustawionych na przeciwległych bokach umieszczono reliefy, które symbolizują początki miasta oraz jego przynależność do miast portowych. Gdy spacerowaliśmy wokół niej, spojrzeliśmy pod nogi, a tam na płytach chodnikowych umieszczono ryty ryb wraz z ich nazwami. Część z nich znaliśmy, o jednej w ogóle nigdy nie słyszeliśmy.

Kościół i słynny Eryk

Na zakończenie udaliśmy się w kierunku znajdującego się na zapleczu ratusza dużego kościoła, którego początki datuje się na pierwszą połowę XIV wieku. Nosi on wezwanie Matki Boskiej Częstochowskiej i prowadzony jest przez franciszkanów. Poza walorami architektonicznymi jego główną atrakcją jest umieszczony tuż przy wejściu sarkofag ze zwłokami Eryka Pomorskiego. Na przełomie XIV i XV wieku był on królem Danii, Szwecji i Norwegii, poza tym piastował też funkcję księcia pomorskiego. A co go łączyło z Darłowem? Otóż urodził się on w drugiej połowie XIV wieku w zamku darłowskim. Świat poznał go, w zależności od państwa, w którym rządził jako: Eryka I, III, VII czy też XIII – tak naprawdę przy narodzinach nadano mu imię Bogusław. Władca ten doprowadził m. in. do znacznego wzrostu znaczenia Kopenhagi, która poza tym że bardzo zyskała na znaczeniu kulturalno-handlowym, to jeszcze stała się stolicą Danii.

Jarosławiec

Kolejną lokalizacją, do której podjechaliśmy był Jarosławiec. Jest to obecnie niewielka wieś turystyczno-rybacka. Jej początki datują się na okres drugiej połowy XV wieku, kiedy to należała do książąt zachodniopomorskich.

Muzeum Bursztynu

Zwiedzanie zaczęliśmy od usytuowanego w centrum prywatnego Muzeum Bursztynu. Zostało ono otwarte w 2014 roku, więc jest stosunkowo młode. W swoich zbiorach poza pięknymi bryłkami bałtyckiego złota prezentuje również wiele zachowanych w bursztynie zwierząt. Z roślinami jest już ciężej, ale nie ma co się temu dziwić. Aby okazy flory przetrwały w bryle jantaru, muszą być w całości w nim uwięzione i żadna z ich części nie może wystawać na zewnątrz (w przeciwnym wypadku łodygi czy liście poddają się gniciu). Jednym z najcenniejszych prezentowanych okazów jest duża, prawie trzy kilogramowa bryła bursztynu, która jest drugą co do wielkości w Polsce.

Pomorze bursztynem stoi. Początkowo ten skarb po prostu zbierano lub wyławiano za pomocą niewielkich podbieraków. Dziś robią tak tylko indywidualni zbieracze, natomiast przemysłowe wydobycie polega na wypłukiwaniu pod dużym ciśnieniem bursztynu zalegającego w głębszych pokładach.

Motylarnia

Po zwiedzeniu muzeum siedliśmy w cieniu, delektując się bardzo dobrymi lodami. Posileni wybraliśmy się do motylarni, gdzie mogliśmy podziwiać piękne okazy dużych owadów, latających pomiędzy zielenią. W swoistej szklarni panowała tak wysoka temperatura, że chyba w ciągu kilku minut wypociliśmy całą wypitą tego dnia wodę. Ale było warto.

Na koniec jeszcze spojrzeliśmy na plażę i udaliśmy się w dalszą drogę.

Ustka

Jadąc przez Pomorze w kierunku kolejnych atrakcji, zatrzymaliśmy się w Ustce. Większe atrakcje typu bunkry Bluechera, Muzeum Ziemi Usteckiej czy Muzeum Mineralogiczne zostawiliśmy na kolejną wizytę. Udaliśmy się jednak na chyba najlepszy punkt widokowy w mieście. Była nim wybudowana w 1892 roku latarnia morska. Do czasu jej postawienia funkcję miejsca sygnalizacyjnego pełniła wieża kościelna.

Na dole mieści się pomieszczenie, w którym przedstawiono na tablicach historię polskiego latarnictwa oraz zamieszczono wizualizację rozkładu działających latarni morskich. Gdy wykupiliśmy bilety, ruszyliśmy po schodach na górę. Po chwili byliśmy już na szczycie, a więc na wysokości ok. 20 metrów (czyli na mniej więcej 4-5 pietrze). Warto było, bo podziwiać mogliśmy całą okolicę.

Mając na uwadze, że główna atrakcja jeszcze przed nami, udaliśmy się do samochodu. Zrobiliśmy to trochę okrężną drogą, bo trudno było nam się rozstać z tym miastem.

Wspomnienia ze Smołdzińskich Lasów

W drodze do niewielkiej wsi o nazwie Kluki, przejeżdżaliśmy przez Pomorze i jego piękne tereny leśne. Gdy tak się rozglądaliśmy, zobaczyliśmy drogowskaz na Smołdzińskie Lasy. Od razu wróciły Mikołajowi wspomnienia, gdy miał 15-16 lat. Wybrał się wtedy ze swoim ojcem na nadmorski trekking. Były to czasy komunizmu i nie wszędzie można było wchodzić, a w naszym kraju stacjonowały wojska radzieckie. Idąc plażą od strony Łeby w kierunku Świnoujścia, przegapili gdzieś tablicę informującą o zamkniętym terenie. Zaczął się już zbliżać zachód (nie ten zgniły, a słoneczny), postanowili więc zejść z plaży najbliższym wyjściem i poszukać noclegu.

Piaszczysta dróżka zaprowadziła ich do lasu, gdzie w oddali zauważyli stojącą latarnię morską. Na spontanie poszli w jej kierunku, a tu nagle drogę przegradzał im rozciągnięty drut kolczasty z napisem MINY (i to bynajmniej nie po polsku). Po chwili okazało się, że zasieki otaczają ich z trzech stron i musieli ruszyć jedyną słuszną (bo bezpieczną) drogą. Gdy doszli do asfaltu, ich oczom ukazała się wojskowa budka wartownicza, a po chwili już wiedzieli, że znajdują się wewnątrz jednostki wojskowej. Całe szczęście, że jej dowódca, do którego zadzwonił wartownik, okazał się normalnym człowiekiem i cała przygoda nie skończyła się w areszcie, a na skierowaniu do pobliskiej wsi, gdzie znaleźli nocleg w szkole. Wsią tą były właśnie Smołdzińskie Lasy.

Kluki

Ale to już koniec dygresji. Dojechaliśmy do Kluk, gdzie znajduje się bardzo ciekawe Muzeum Wsi Słowińskiej (znajdowaliśmy się bowiem na terenie Słowińskiego Parku Narodowego). Sam skansen (bo chyba tak należałoby nazwać to miejsce) ma swoje początki w 1963 roku. Od tego czasu muzealna szachulcowa wieś ciągle się rozbudowuje. Podążając pomiędzy poszczególnymi chatami, można poznać Pomorze, jego mieszkańców i dowiedzieć się wiele o zwyczajach panujących w dawnych latach.

Dawne zwyczaje i wierzenia

Czy wiecie chociażby, czym było Czarne Wesele? Nie miało ono nic wspólnego ze ślubem. Chodziło bowiem o wspólne wioskowe kopanie torfu. Pomorze wciąż pamięta i kontynuuje tę tradycję podczas uroczystych festynów, podczas których można dowiedzieć się wiele o życiu w dawnych nadmorskich wsiach.

Z jednej z tablic dowiedzieliśmy się też, że kobieta będąca w zaawansowanej ciąży, tj. od 6 miesiąca, nie powinna pokazywać się na żadnych większych zgromadzeniach (msze, wesela, urzędy czy karczmy). Dbano w ten sposób, aby nikt nie rzucił na nią uroku.

A gdy myślicie o uroczystym ślubie, to pewnie wyobrażacie sobie pannę młodą ubraną w piękną białą suknię. Natomiast na tych terenach aż do czasów I wojny światowej kobieta odziewana była w suknię… czarną. Spowodowane to było pragmatyzmem, bowiem przeważnie to właśnie ślubne stroje służyły również jako stroje pogrzebowe.

Te i całą masę innych ciekawych i często zaskakujących informacji możecie znaleźć w Muzeum Wsi Słowińskiej. Bardzo polecamy to miejsce.

Po dość długim zwiedzaniu wsiedliśmy do samochodu i dotarliśmy do naszego miejsca noclegowego, które mieściło się we Władysławowie. Pomorze będzie miło nam się kojarzyło, a dodatkowo pogoda była wyborna. Kolejnego dnia kierowaliśmy się już na Hel.

8 uwag do wpisu “Pomorze – godzina 5 minut 30

  1. A propos min, to aż się prosi o mój ulubiony cytat z „Nieludzkiego doktora”: „Mój ojciec miał takie zdarzenie… – Gawełek wygodniej rozmościł się na siedzeniu. – Dlatego ja sierotą jestem. Szedł na patrol, pogoda piękna była jak dzisiaj, choć to wojna. Idą, idą, aż wyszli z lasu na pole. Wyszli na to pole, patrzą: na miedzy krzyż wetknięty. Drąg i deska na poprzek, widać czasu nie było jak to w wojnę. A na tej poprzecznej desce napis: „Achtung. Minen”. I ojciec pierwszy na to pole wlazł. Widzi pan? A jakby język znał?… Cały się do czapki zmieścił, tyle akurat z niego zostało. Tylko guziki całe były, bo blaszane.”

  2. Czytając Twoje opisy mam wrażenie, że nie znam tych miejsc, nawet, jesli bywałam w nich już przedtem. Masz dar pokazywania znanych miejsc w sposób oryginalny, bardzo mi się to podoba 🙂

  3. Nam się marzy późno jesienna albo zimowa wyprawa nad Bałtyk w poszukiwaniu bursztynów. Kiedyś trzeba się zmierzyć z tym wyzwaniem. Amerykanie mieli gorączkę złota, nam pozostał bursztyn. Zdecydowanie bardziej klimatyczny skarb.

Dodaj komentarz