Pacanów – Tam gdzie Kozy kują

Podczas jednego z naszych letnich wypadów, postanowiliśmy wraz z moimi przyjaciółmi zagłębić się w świecie bajek, baśni i podań ludowych. W tym celu zdaliśmy się na inspirację zawartą w jednej z książek Kornela Makuszyńskiego. I nie mówię tu o „Dwóch takich co ukradli księżyc”, takich aspiracji nie mamy, tylko o pewnym polskim podróżniku urodzonym w 1933 roku, którego poznać można po brodzie i rogach.

Dzień był ciepły już od rana, więc gdy zmierzając do naszego celu przejeżdżaliśmy przez małe miasteczko postanowiliśmy zatrzymać się na jego rynku i skonsumować jakieś lody. Lodziarni co prawda nie było, ale sklep spożywczy jak najbardziej. Gdy z niego wyszliśmy, stwierdziliśmy, że przespacerujemy się chwilę i zobaczymy czy nie ma tam czegoś ciekawego w okolicy.

Jak się okazało pomysł ten był bardzo dobry. Stopnica, bo tak właśnie nazywało się to miasteczko, już na początku XII wieku wymieniana była jako ważny ośrodek religijny. Przechodziła przez nią też najstarsza droga prowadząca z Krakowa do Lwowa. Władysłąw Łokietek wybudował na wzgórzu kaplicę pod wezwaniem świętej Anny, dzisiaj na jej miejscu stoi spory kościół świętych Apostołów Piotra i Pawła wybudowany w połowie XIV wieku przez Kazimierza Wielkiego. To właśnie do niego skierowaliśmy swoje pierwsze kroki. Gdy tam dotarliśmy z jednej z tablic informacyjnych dowiedzieliśmy się, że został on postawiony przez naszego króla w ramach… pokuty. W ten sposób władca miał zadośćuczynić za zamordowanie ks. Marcina Baryczki. Wewnątrz znajduje się wiele płyt epitafijnych oraz zabytkowe herby ziem polskich. Wierzący mogą też pomodlić się przed znajdującym się na jednej z płyt krzyżem, a następnie go ucałować, ponoć dzięki łasce papieża Leona XIII otrzymają za to 100 dni odpustu.

Kilkaset metrów od kościoła znajduje się Zamek Królewski, choć patrząc na niego nazwałbym go raczej dworkiem szlacheckim. Jest tak, ponieważ ulegał on kilkakrotnie zniszczeniom, a następnie odbudowywany był zgodnie z duchem epoki. Ostatni raz mocno uszkodzony został pod koniec II wojny światowej. Po jej zakończeniu odbudowano go na podstawie licznych zdjęć i materiałów archiwalnych. Dzisiaj znajduje się w nim Gminne Centrum Kultury, a w nim, choć mała, to dość ciekawa wystawa. Aby wejść do środka, nie trzeba uiszczać żadnych opłat, nikt też nas nie oprowadza. Naprzeciw zamku w oddali pośród drzew widać budynki wybudowanego w pierwszej połowie XVII wieku, przez rodzinę Ossolińskich, klasztoru, w którym obecnie znajduje się nowicjat ojców Sercanów. My jednak z powodu goniącego nas czasu zawróciliśmy w kierunku rynku, na którym pozostawiliśmy samochód.

Po dośc krótkiej jeździe zatrzymaliśmy się w końcu przed terenem mieszczącym nasz główny cel tegodniowych wojarzy. Było nim Europejskie Centrum Baiki im. Koziołka Matołka mieszczące się w Pacanowie.

Już od wejścia witała nas dość sztywno stojąca Królewna Śnieżka, po chwili po przejściu pod ogromnym stolikiem (tak, tak poczułem sie jak w krainie liliputów), zakupiliśmy bilety i dołączyliśmy do grupy… przedszkolaków. Mająca ich oprowadzać wróżka, gdy na nas spojrzała nie chciała uwierzyć, że dołączamy do tej hałastry pędraków. W sumie to jej się nie dziwię przeciętny wzrost w tamtej grupie wynosił ok. 120 cm. i zawyżały go opiekunki, średnia naszej trójki to ok 185 cm. (tym razem to my byliśmy Guliwerami w krainie liliputów).

Po chwili za dotknięciem różdżki naszej przewodniczki mogliśmy zagłębić się w króliczej norze. W oczekiwaniu na zaczarowany pociąg, wszyscy, również i my musieliśmy zdać test ze znajomości geograficznego rozmieszczenia postaci bajkowych. Gdy już rozsiedliśmy się w wagonie i lokomotywa ruszyła, za oknami zaczęły przewijać się baśniowe światy, momentami zjeżdżaliśmy nawet pod wodę. W końcu dotarliśmy do zaczarowanego lasu, gdzie dzieci przeczołgały się przez wyłożony aksamitem pniak, nam tego oszczędzono, gdyż wróżka bała się, że możemy się… zaklinować.

Potem siedliśmy w dużym namiocie na wyłożonej poduszkami podłodze i opowiadaliśmy kim chcielibyśmy być, no dobrze my kim chcieliśmy być w dzieciństwie. Padały różne profesje, policjanci, pielęgniarki, nauczyciele, aż przyszła kolej małego Konrada, który stwierdził, że chciałby zostać księdzem. Jego opiekunki zaczęły się śmiać, okazało się, że chłopiec był najwiekszym nicponiem w grupie.

Dalszy spacer był bardzo pouczający, a my poczuliśmy się jak mali zdobywcy świata legend i baśni. Po pewnym czasie znaleźliśmy się w ciemnej sali, gdzie na ścianie wisiał duży ekran. Rozsiedliśmy się więc na podłodze i obejrzeliśmy puszczoną przez wróżkę bajkę o Koziołku Matołku, który omal nie został aktorem filmowym. Możecie się śmiać, ale cała otaczająca mnie atmosfera spowodowała, że animowane postaci wciągnęły mnie w swój świat. W końcu po dalszym spacerze dotarliśmy do końca zwiedzania, a co widzieliśmy niech Wam zdjęcia opowiedzą.

Choć zwiedzanie z miłą wróżką zakończyło się, my usiedliśmy w okalającym Europejskie Centrum Bajek zaczarowanym ogrodzie, pełnym postaci z bajek i jako, że był ciepły dzień raczyliśmy się drinkami, a jakże z palemką (oczywiście bezalkoholowymi).

Tak pokrzepieni postanowiliśmy sprawdzić, czy Pacanów oferuje jeszcze inne ciekawe atrakcje i okazało się, że tak. Kilkaset metrów od świata baśni stoi kościół pw. św. Marcina, którego początki sięgają 1110 roku, później był on oczywiście rozbudowywany. Wewnątrz znajduje się ponoć cudowna figura Chrystusa Ukrzyżowanego mająca już kilkaset lat. W 1906 i 1944 roku miały tam miejsce dwa duże pożary, w których ocalała jedynie kaplica z figurą. Ślady tamtych nieszczęśliwych zdarzeń widoczne są do dzisiaj.

Gdy już dokładnie obejrzeliśmy sanktuarium, przespacerowaliśmy się jeszcze w kierunku rynku, gdzie na każdym kroku widać różne odniesienia do bajki o koziołku, który błąkał się po świecie, aby dotrzeć w końcu do Pacanowa. Bajka ta uczy nas między innymi tego, że czasami ważniejsza od celu jest sama droga.

Wracając na naszą kwaterę postanowiliśmy zawadzić jeszcze o Busko-Zdrój, jednak dzięki psikusowi, jaki musiały wykręcić nam baśniowe chochliki nawigacja zaprowadziła nas do Wiślicy. Ta wieś, choć kiedyś na prawach miejskich, była w początkach państwa polskiego jednym z największych ośrodków administracyjnych Małopolski. To właśnie tam sławny Jan Długosz uczył synów króla Kazimierza Jagiellończyka. Swoją świetną pozycję, wtedy jeszcze miasto, straciło w czasach potopu szwedzkiego, kiedy to zostało zniszczone przez wojska Jerzego Rakoczego, człowieka, któremu marzył się już w XVI wieku rozbiór Polski. Późniejsze lata to już tylko dalsze niszczenie wspaniałej spuścizny: rozebrano zamek, dwa kościoły i mury miejskie. Po Powstaniu Styczniowym Wiślica utraciła prawa miejskie, choć podobno z początkiem 2018 roku ma je odzyskać, stanie się wtedy najmniej licznym miastem Polski.

Zatrzymawszy się na rynku swoje kroki skierowaliśmy do Bazyliki kolegiackiej Narodzenia Najświętszej Marii Panny, którą wybudowano w XIV wieku. Tuż obok niej znajduje się Dom Długosza, to właśnie w nim według tradycji nauki pobierali synowie Kazimierza Jagiellończyka. Dziś mieści się w nim wikariat i Muzeum Regionalne, do którego jednak nie weszliśmy, gdyż było już za późno.

Chwilę więc pospacerowaliśmy i wróciliśmy na kwaterę, po drodze zawadziliśmy jeszcze o Busko-Zdrój, gdzie wypiliśmy kawę i przeczekaliśmy oberwanie chmury. Kolejnego dnia czekały nas kolejne atrakcje, ale o tym już napiszę Wam w kolejnym tekście.

12 uwag do wpisu “Pacanów – Tam gdzie Kozy kują

      1. Teraz trzeba jeszcze raz odwiedzić Wiślicę – miasto 😀 – zapraszam 🙂 Również zapraszam do odwiedzania mojego bloga (chociaż bardzo skromnego)

Dodaj komentarz