panorama na ośnieżone szczyty

Wulkan Etna i Caltagirone – w kuźni Hefajstosa

Wulkan Etna przyciąga swoim magnetyzmem rzesze turystów z całego świata. Z nami było podobnie. No bo jak to być na Sycylii i nie spojrzeć na najwyższy czynny wulkan europejski. Był on jednym z głównych celów naszego wyjazdu na wyspę o trzech rogach. Nie był jednak jedyną atrakcją tamtego dnia. Odwiedziliśmy bowiem jeszcze jedno miasteczko, które słynie z kolejnego włoskiego „naj”. Było nim Caltagirone.

ETNA – LEGENDA I FAKTY

Według jednej z najstarszych legend wulkan Etna powstał, gdy Zeus nie mógł już patrzeć na postępowanie Tyfona – najstraszniejszego z gigantów. Facet nie dość, że był obrzydliwy, to był jeszcze ojcem wszystkich żyjących na Ziemi potworów. Zeus w końcu strącił go w odmęty Morza Śródziemnego i rzucił na niego Sycylię, która go przygniotła. Jako dość spora wyspa, trochę waży, więc nawet gigant nie może spod niej powstać. Gdy tego próbuje, to wydaje wielki okrzyk, a z jego ust wydobywa się wrząca lawa. Tak, to ta sama, która wypływa z Etny.

Inna, a właściwie uzupełniająca tę pierwszą legenda mówi, że Hefajstos, boski kowal i nie lada cwaniak, wykorzystuje erupcje sycylijskiego wulkanu do wykuwania piorunów dla gromowładnego Zeusa.

Chrześcijanie też mają związane z tym miejscem swoje opowieści. Pisze o nich w swoich „Żywotach Świętych” czołowy przedstawiciel polskiej kontrreformacji – ksiądz Piotr Skarga. Kiedy w III wieku rzymski namiestnik Sycylii postanowił najpierw upokorzyć, a potem zabił św. Agatę, wulkan Etna ożył i zaczął siać spustoszenie. Mieszkańcy Katanii zabrali welon męczennicy i ruszyli w kierunku lawy. Ta zatrzymała się i erupcja ustała. Odtąd św. Agata została patronką miasta.

Ile w tym jest prawdy? Pewnie prędko się nie dowiemy. Z badań wynika jednak, że Etna powstała na początku holocenu, co powoduje, że jest najstarszym stratowulkanem na Ziemi. Jest też największym obecnie czynnym wulkanem w Europie. Wznosi się na wysokość ponad 3300 metrów. Przez ciągłe erupcje trudno określić jej dokładną wysokość, gdyż ta ciągle się zmienia.

Mimo teoretycznie sporego zagrożenia, ludzie chętnie osiedlają się na niższych częściach stoku. Czemu to robią? Gleba wulkaniczna jest niezwykle urodzajna i bardzo korzystna pod uprawę winorośli, a jak wiecie Sycylia słynie z dobrych winogron. Napisaliśmy „sporego zagrożenia”, bo duże jest raczej w teorii. Choć wulkan Etna jest ciągle aktywny, to jego erupcje nie należą do silnych i nie stanowią dużego problemu. W końcu w dzisiejszych latach potrafimy sterować przepływem lawy… ponoć.

Ostatnia erupcja trwa od końca 2018 roku do tej pory. My odwiedziliśmy „Kuźnię Hefajstosa” kilka dni po tym, jak przez wydobywające się pyły wstrzymano okresowo ruch lotniczy nad Katanią. A zanieczyszczeń jest całkiem sporo. W ciągu dosłownie paru dni Etna potrafi wyrzucić z siebie tyle dwutlenku węgla, ile największa na świecie elektrownia zasilana węglem brunatnym przez rok. Tak swoją drogą ten porównywany przez nas do sycylijskiego wulkanu truciciel to Elektrownia Bełchatów, największy w Unii Europejskiej wytwórca dwutlenku węgla.

 

ETNA – NASZA HISTORIA

Jak już wspomnieliśmy na wstępie, być na Sycylii i nie „zasmakować” Etny to tak jakby wcale nie odwiedzać tej włoskiej wyspy. Rano po szybkim śniadaniu wsiedliśmy do wypożyczonego samochodu i ruszyliśmy na nasze spotkanie z wulkanem. Prowadziła nas nawigacja w telefonie ustawiona na „najkrótszą trasę”. To był stanowczo błąd. Wąska gminna droga wiła się początkowo pośród dość gęstej zabudowy, by w końcu wraz ze wzrostem wysokości poprowadzić nas wśród drzew i skał wulkanicznych. Były odcinki, gdzie wjeżdżaliśmy na dwójce, a czasami wręcz jedynce. Czemu takie niskie biegi? Wcale nie dlatego, że było tak pochyło, tylko z powodu wielkich i głębokich dziur w drodze, na którą kładły się ciemne cienie, pogarszając widoczność. Gdy w końcu dotarliśmy w wyższe partie wzniesienia i dojechaliśmy do „głównej” drogi, mogliśmy zacząć podziwiać okolicę. Robiła niesamowite wrażenie. Ciemne wulkaniczne skały kontrastowały z bielą ośnieżonych stoków, przypominających momentami alpejskie szczyty, po których ludzie zjeżdżali na nartach lub sankach.

Po kolejnych minutach „wspinaczki” zatrzymaliśmy samochód na dużym parkingu w pobliżu schroniska, z którego odchodzą do góry wagoniki kolejki górskiej. Nam nie było jednak dane z nich skorzystać. No cóż, aż wstyd się przyznać, ale wyjeżdżając na Sycylię postanowiliśmy nie zabierać wysokiego obuwia trekkingowego, które zajmuje trochę miejsca w bagażu, a przecież jechaliśmy „na lekko”. Jesteśmy raczej dość odpowiedzialni i na pewno nie będziemy spacerować po ośnieżonych górskich szlakach w lekkim obuwiu. Zdecydowaliśmy, że zostajemy na tej wysokości, a wyżej na wulkan Etna wybierzemy się kolejnym razem. Mikołaj miał jednak również trochę inne zamiary związane z tym miejscem, więc po kilku minutach obserwacji stwierdził: „Idziemy tam! Stamtąd będzie świetny widok i dobre miejsce na fotografowanie”. Kiedy dotarliśmy na niewielkie wzniesienie, padł na kolana i spytał Renię: „Zostaniesz moją żoną?”. Gdy padło „Tak”, jej rękę przyozdobiły barwy świateł odbijającego się w śniegu słońca. I tak oto zaczęliśmy kolejny etap w naszych wspólnych podróżach.

 

CALTAGIRONE

Następnym, a zarazem ostatnim miastem, które podczas naszego krótkiego pobytu na Sycylii mieliśmy odwiedzić, było Caltagirone. Dzieli je od Etny około 60 km, więc dotarliśmy tam na tyle szybko, że mogliśmy jeszcze tego samego dnia wyruszyć na jego eksplorację. Oczywiście, do czego już się przyzwyczailiśmy, na właściciela naszego noclegu musieliśmy poczekać około 20 min.

Tuż przed naszym hotelikiem wznosiła się wybudowana w XVIII wieku dekoracja miejska mająca przyozdobić nową wtedy drogę. Jej nazwa brzmi Tondo Vecchio. Jest to łukowata konstrukcja architektoniczna. Czekając na nocleg, mogliśmy ją dokładnie obejrzeć.

Później ruszyliśmy w kierunku starego miasta. Zanim jednak przeszliśmy przez Ponte San Francesco łączący dwie części grodu, skręciliśmy przy pomniku poświęconym bohaterowi Gualtiero, który został ścięty przez najeźdźców aragońskich ponad 700 lat temu. Doszliśmy do kościoła św. Franciszka, mającego swoje początki w pierwszej połowie XIII wieku, choć swój obecny wygląd zawdzięcza przebudowie po dużym trzęsieniu ziemi z XVII w. Tuż przy nim mieści się klasztor i Muzeum Diecezjalne. Znajdziecie w nim stroje liturgiczne, relikwiarze, naczynia kościelne oraz szeroko pojętą sztukę religijną. Bilet normalny do niego kosztuje 5 euro. Jeśli interesuje Was więcej informacji to zajrzyjcie na włoska stronę Museo Diocesano

Idąc dalej minęliśmy budynek kościoła św. Agaty, wybudowany na przełomie XVII i XVIII wieku, a następnie kolejne muzeum, które mieści się w budynku dawnego więzienia. Nie zaglądaliśmy jednak do nich, tylko maszerowaliśmy dalej. I tak stanęliśmy przed głównym kościołem Caltagirone, jakim jest katedra San Giuliano. Jej początków doszukiwać się można w okresie normandzkiego panowania, a więc około XIII wieku. Jednak większość zdobień i obecna architektura pochodzi ze znacznie późniejszych lat, dokładnie z okresu po wielkim trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło te okolice w 1542 roku. Będąc w tym miejscu warto zajrzeć do środka, gdzie spore wrażenie robią zdobienia ścian i sufitu.

 

Mimo że z powodu sjesty znowu musieliśmy czekać na otwarcie restauracji, to na pewno mogliśmy liczyć na podziwianie jednej z największych atrakcji miasta, jaką są pnące się wysoko schody Santa Maria del Monte. I to w czasie, gdy zaczynał się zachód słońca. Szybko wbiegliśmy więc na szczyt. A jest to zadanie wymagające pewnej kondycji, gdyż ich długość wynosi około 130 metrów, a liczba stopni 142. Wykonane są z czarnej skały wulkanicznej i obłożone wszechobecną w Caltagirone ceramiką. Ponoć żaden ze stopni nie posiada takiego samego zdobienia. My tego nie sprawdzaliśmy, ale Wy możecie. Jeśli wybierzecie się do miasta 24 lub 25 lipca, to będziecie świadkami niezwykłego spektaklu świetlnego. Na cześć patrona miejskiego św. Jakuba cała konstrukcja zostaje oświetlona kolorowymi lampkami.

Na szczycie wzniesienia ustawiono dawny kościół katedralny pod wezwaniem Santa Maria del Monte. To właśnie od jego nazwy pochodzi nazwa głównej atrakcji miejskiej. Mimo dużej surowości cechującej ten budynek z zewnątrz, jego wnętrza spodobały się nam.

Spacerując po mieście przez resztę wieczoru i poranek następnego dnia, spotkaliśmy się z wieloma przejawami sztuki ceramicznej. Nie ma się co temu dziwić, w końcu jest to jeden z głównych ośrodków tego rzemiosła na Sycylii. Swoje warsztaty i sklepy ma tam ponad 80 specjalistów we wcale niełatwej sztuce przygotowywania pięknych ozdób.

Jeśli będziecie mieli chwilę, to odwiedźcie też ponoć jeden z najpiękniejszych sycylijskich parków miejskich. A amatorów rozkoszy podniebienia skusi niewątpliwie niepozornie wyglądająca z zewnątrz restauracja o nazwie Coria. Została założona w 2008 roku i serwuje doskonałe dania kuchni regionalnej. Co ją wyróżnia? Na pewno jakość, za którą jako pierwsza w prowincji Katania została wyróżniona w 2012 r. gwiazdką Michelin.

 

W tym miejscu kończymy naszą krótką przygodę z Sycylią. Jeśli jeszcze nie czytaliście pozostałych tekstów o tej największej wyspie na Morzu Śródziemnym, to zapraszamy – Sycylia – od strony praktycznej. Na końcu tego tekstu znajdziecie linki do wszystkich artykułów, które stworzyliśmy opisując nasze tygodniowe z nią spotkanie.

10 uwag do wpisu “Wulkan Etna i Caltagirone – w kuźni Hefajstosa

  1. I znów cudowna Sycylia! 🙂
    Przede wszystkim gratulacje dla WAS z okazji oświadczyn 🙂 <3 Znaleźliście się w korcu maku, to naprawdę nieczęsto spotykane!

    Nie wiedziałam, że Etna to najstarszy wulkan na Ziemi, staruszka, ale ciągle "na chodzie" 😉 A ja teraz skonstatowałam, że minęło już prawie 10 lat, gdy byłam na Sycylii… Na sam szczyt Etny nie wjechałam, zostałam na poziomie kraterów Silvestri. I tak były to piękne widoki.. 🙂

    Mam też uwagę co do elektrowni Bełchatów. Nie chciałabym, by Czytelnicy pomyśleli, że to Polska jest największym w unii emiterem CO2 do atmosfery, bo tak nie jest. "Zaszczytne" pierwsze miejsce zajmują Niemcy (emitują ponad 2x tyle CO2, co Polska!), następnie Wielka Brytania i na trzecim miejscu Polska.
    Za art. na Forsal z 8 maja br. :
    " Za blisko 72 proc. emisji CO2 w całej UE odpowiada siedem państw, na czele z Niemcami. Największa unijna gospodarka wypuściła do atmosfery ponad 22 proc. CO2 wyemitowanego przez całą UE. Na drugim miejscu, z wynikiem 11,4 proc., znalazła się Wielka Brytania, a na trzecim – Polska. Nasz udział w łącznej emisji dwutlenku węgla stanowił 10,3 proc.. Za nami uplasowały się Francja i Włochy (10 proc. całości) i Hiszpania z udziałem na poziomie 7,7 proc."

    Pozdrawiam przemiłych Podróżników 🙂

    1. Dziękujemy 🙂 Co do CO2 nie twierdziliśmy, że Polska jest największym emiterem tego związku do atmosfery. Natomiast faktem jest, że Elektrownia Bełchatów jest największym jednostkowym trucicielem atmosfery. Co do Etny, to jest najstarszym „stratowulkanem”. Pozdrawiamy 🙂

  2. Piękne miejsce na zaręczyny – raz jeszcze gratuluję!

    A co do Sycylii i Etny to wstyd się przyznać, ale byłam tam 2 razy i jeszcze nie dotarłam na wulkan… Wszystko przez to, że głównie uczyłam się pływać na kitesurfingu w innej części wyspy 😀 Muszę koniecznie wrócić i wspiąć się na ten najstarszy wulkan w Europie. Oczywiście o ile będzie to bezpieczne…

Dodaj komentarz