Londyn – piekielny spacer wzdłuż Tamizy

Co warto zobaczyć w Londynie, gdy macie zaledwie 8 godzin, chcecie zrobić to niskobudżetowo (czyt. pieszo), a z nieba leje się niemiłosierny żar? Osobiście radzimy wybrać się na spacer wzdłuż majestatycznej rzeki – Tamizy.

Kto by się spodziewał, że państwo, które kojarzy się z wszechobecnym deszczem, zaskoczy nas słońcem, bezchmurnym niebem, a słupek rtęci na termometrze pokaże ponad 30 stopni? Na pewno nie my. Plan był następujący: jest to typowo babski wypad, przyjeżdżamy pociągiem ok. godz. 10:00, mamy być z powrotem ok. godz. 18:00 i… nie mamy planu. Serio serio. Chciałyśmy zobaczyć kilka zabytków, ale przede wszystkim pozostać otwartymi na to, co się ma wydarzyć. Za punkt honoru obrałyśmy sobie poczuć atmosferę i energię miasta, o której tyle słyszałyśmy. Jak się okazało, pogoda bardzo nam w tym pomogła.

Po opuszczeniu stacji Victoria postanowiłyśmy, że idziemy w stronę słynnego Big Ben’a i London Eye. Od razu zauważyłyśmy czerwone piętrowe autobusy i wyjęłyśmy aparaty, zamieniając się w reporterki z prawdziwego zdarzenia. Na pierwszym zdjęciu zostało uchwycone rozpoznawalne na całym świecie logo londyńskiego metra. Gdy dotarłyśmy do Katedry i Opactwa Westminsterskiego, byłyśmy pod wrażeniem, ilu ludzi może stać w kolejce do wejścia. W końcu Opactwo Westminsterskie jest miejscem koronacji królów Anglii i Wielkiej Brytanii oraz pochówku królów i zasłużonych osób, w tym Karola Dickensa, Isaaca Newtona czy Karola Darwina. My nie miałyśmy tym razem na to czasu, zatem poszłyśmy dalej.

I tak znalazłyśmy się na Moście Westminsterskim. Idąc w stronę wschodniego wybrzeża, naszym oczom po kolei ukazywały się: Pałac Westminsterski, London Eye, piętrowe czerwone autobusy, promy przecinające Tamizę. I on we własnej osobie – Big Ben. Niestety milczący, gdyż jest w remoncie do 2021 roku. Sam mechanizm zegarowy waży 5 ton, a Big Ben staje się w jednym przypadku prawie latarnią morską. Gdy w Pałacu Westminsterskim trwa sesja Izby Gmin – niższej z izb parlamentu brytyjskiego – na wieży zegarowej jest zapalone światło, tzw. „Ayrton Light”. Był to pomysł królowej Wiktorii, która chciała widzieć z okien Pałacu Buckhingham, czy i jak długo pracują członkowie parlamentu po zachodzie słońca.

Przeszłyśmy na drugą stronę Mostu Westminsterskiego, by zobaczyć z bliska London Eye. To znaczy najpierw zobaczyłyśmy morze ludzi oczekujących w kolejce do tej atrakcji. Szybka wymiana spojrzeń i jednoznaczna odpowiedź: odpuszczamy bilet wstępu. Usiadłyśmy w cieniu, posilając się orzeźwiającymi lodami. Skwar był coraz bardziej uciążliwy, a od rzeki wiało tak przyjemnie. I wtedy zapadła decyzja, że idziemy wzdłuż Tamizy do London Bridge. Ostatecznie dotarłyśmy dalej, do Tower Bridge, ale o tym już za chwilę.

Bardzo przyjemnie podążało nam się szlakiem „The Queen’s Walk”. Ścieżka ta biegnie wzdłuż południowego brzegu Tamizy i jest integralną częścią „Jubilee Walkway”, utworzonej dla upamiętnienia srebrnego jubileuszu objęcia tronu przez Królową Elżbietę II w 1977 roku. Minęłyśmy miejsce spotkań dla deskorolkarzy, podłużną piaskownicę, w której kwitło życie rodzinne, oraz antykwariat na świeżym powietrzu umiejscowiony pod Waterloo Bridge. Następnie Królewski Teatr Narodowy. Wstęp do foyer jest wolny, wewnątrz znajdują się wystawy, księgarnia teatralna, kawiarnie, a czas umila muzyka grana na żywo i to za darmo.

Wiedzieliście, że w stolicy Wielkiej Brytanii jest plaża? Co prawda, wyglądała bardziej na piaszczystą przestrzeń z brudnym piaskiem, ale wciąż jest jedyną taką przy rzece w centrum Londynu. Pewnie dlatego niewiele osób korzystało z jej uroków. Dwóch rzeźbiarzy tworzyło swe dzieła z mokrego piasku. Jeden z artystów ze słuchawkami na uszach, w rytm zapewne ulubionej muzyki, spokojnie rzeźbił ciekawą budowlę – miasteczko Smerfów. Miejsce to jest również doskonałym punktem widokowym na londyńskie City oraz Katedrę Św. Pawła.

Kolejnymi przystankami były: Tate Modern (najczęściej odwiedzane muzeum międzynarodowej sztuki nowoczesnej na świecie), Shakespeare’s Globe Theatre oraz Hay’s Galleria (budynek, w którym mieszczą się biura, restauracje, sklepy i mieszkania). Tower Bridge wydawał się końcem naszej wycieczki, a tu przecież trzeba jeszcze wrócić na pociąg. Aby nabrać nieco sił, zatrzymałyśmy się w restauracji Coppa Club. Jedzenie i drinki dobre, pięknie podane, świetny widok na rzekę i Tower Bridge. Klimat beztroskich wakacji udzielił nam się obu. Na dodatek oczywiście kelner (przemiły i pomocny Anglik) mający żonę Polkę z Trójmiasta.

W drodze powrotnej minęłyśmy Katedrę Św. Pawła, symbol Londynu, w której m.in. odbył się ślub Księcia Walii Karola i Diany w 1981 r. Skręciłyśmy w uliczki biegnące równoległe do rzeki. Widziałyśmy ciekawe puby, które z pewnością warto odwiedzić wieczorem, jeszcze więcej czerwonych piętrowych autobusów i charakterystycznych budek telefonicznych. Trafalgar Square był naszym przedostatnim przystankiem. Na koniec zbliżała się godzina 17:00, czyli idealna pora, by wprosić się na herbatkę do Królowej Matki. Pałac Buckingham jako największy na świecie pałac królewski robi wrażenie. Przyciąga turystów z całego świata, którzy chcą zobaczyć klejnoty królewskie i inne dzieła sztuki. Samych łazienek w pałacu znajduje się ponad siedemdziesiąt, a sypialni – prawie dwieście.

Miałyśmy tylko jeden problem w stolicy: nigdzie nie mogłyśmy znaleźć koszy na śmieci. Było gorąco, piłyśmy butelkę wody za butelką i byłyśmy zmuszone nosić śmieci ze sobą. Od taksówkarza dowiedziałyśmy się, że to ze względów bezpieczeństwa, by uchronić przed wrzucaniem do koszy ładunków wybuchowych przez zamachowców. Mimo wszystko Londyn jak na tak olbrzymie i zatłoczone miasto był zadbany i stosunkowo czysty. Ogromny uśmiech – choć gorzki – wywołał w nas po powrocie następujący widok na lotnisku w Polsce: 3 kosze na śmieci w odległości kilku metrów od siebie i… śmieci leżące pomiędzy nimi.

Osobiście odpowiadało nam podejście „plan nie mieć planu”. W ciągu tych 8 godzin byłyśmy dzięki temu bardziej otwarte na spotkanych ludzi i elastyczne co do kierunku, który obrałyśmy. Betonowe bulwary nad Tamizą mają do zaoferowania miejsca do spotkań, odpoczynku, aktywnego spędzania czasu czy zakosztowania kulturalnej rozrywki, z widokiem w tle na jedne z najbardziej znanych atrakcji miasta. Londyńczycy chętnie zagadywali sami z siebie i cieszyli się z nami, że nie doświadczyłyśmy typowej angielskiej pogody. Piekielny upał też da się lubić – z kubkiem mrożonej kawy nad brzegiem rzeki i w wyśmienitym towarzystwie (dzięki, M.!).
Za tydzień natomiast wstąpimy do kilku londyńskich muzeów.

3 uwagi do wpisu “Londyn – piekielny spacer wzdłuż Tamizy

  1. Nie mieć planu…- a jednak bardzo dobrze zaplanowany i przemyślany spacer 😎 Słowem aktywny relaks i odkrywcze zwiedzanie. Warto kiedyś skorzystać z Twojego „planu”. Przepiękne zdjęcia! Pozdrawiam

Dodaj komentarz