Lovcen – świat widziany z góry

Pragnąc odpocząć od wielkich zabytków, monumentalnych kościołów, zgiełku wąskich uliczek i turystycznych miast Czarnogóry, postanowiliśmy wyruszyć na mały spacer w przepięknym paśmie Gór Dynarskich, którego nazwa brzmi Lovcen.

Po szybkim, acz treściwym śniadaniu wyruszyliśmy całą grupą na spotkanie górskiej przygody. Gdy wspinaliśmy się naszym środkiem transportu po górskich serpentynach, naszym oczom ukazywały się coraz to wspanialsze widoki na Zatokę Kotorską i Adriatyk. W pewnym momencie postanowiliśmy przez chwilę napawać się niesamowitymi panoramami. Po zatrzymaniu się w punkcie widokowym w ruch poszły migawki aparatów fotograficznych. I wszystko byłoby dobrze i sielankowo, gdyby nie odwieczny problem dzisiejszych miejsc turystycznych (choć coraz częściej nie tylko ich) – śmieci. Walały się one dosłownie wszędzie, tylko nie w stojącym obok koszu. Nie rozumiemy ludzi, którzy przyjeżdżają zobaczyć piękno przyrody, a zarazem niszczą i szpecą wszystko wokół, a w mieszkaniach pozują pewnie na „Perfekcyjną Panią i Pana Domu”.

To „Janusze” i „Grażyny” turystyki, którym dożywotnio powinno odebrać się możliwość obcowania z naturą.

Na szczyt, który nas interesował, można było dostać się dwiema drogami. Zasięgnąwszy opinii naszego przewodnika, zdecydowaliśmy (z powodu drobnej kontuzji jednego z członków zespołu), że wybierzemy łatwiejszy i krótszy wariant. Później tego żałowaliśmy, ale cóż. Co było, to było. Podjechaliśmy autokarem dość wysoko i ruszyliśmy górską ścieżką w kierunku drugiego pod względem wysokości szczytu w Lovcen. Nosi on nazwę Jezerski Vrh i wznosi się na wysokość 1657 metrów.

Zanim jednak opowiemy Wam, co na nim zobaczyliśmy, mała dygresja. Czy wiecie, skąd wzięła się nazwa Czarnogóra? Otóż gdy Wenecka armada przybyła w to miejsce, dzień chylił się ku końcowi. Zachodzące słońce chowało się za szczytami Lovcen, dając jasną poświatę nieba, ale górom przydając czerni i mroku. Ten niesamowity widok spowodował, że jeden z marynarzy krzyknął „monte negro”, co dosłownie oznacza „czarne góry”. Inni to podchwycili i odtąd kraj ten nosi nazwę Montenegro.

No dobra, ale co z naszą wycieczką? Po krótkiej chwili wspinania (grrr, przewodnika mieliśmy ochotę powiesić za pewną część ciała), która miała trwać około godziny, a wyniosła maksymalnie 15-20 minut (i to z pogaduchami po drodze), dotarliśmy prawie na sam szczyt Jezerskiego Vrha. W oczekiwaniu na pozostałą część grupy, która wędrówkę zaczęła z niższego i bardziej oddalonego punktu, usiedliśmy w restauracji Vladika, gdzie raczyliśmy się różnymi napojami. A jak to bywa z dużą ilością picia, w końcu musi ono wypłynąć z człowieka. Niezbędna więc była toaleta. Część dziewczyn skorzystała z męskiej. I właśnie to jedna z nich wybiegła stamtąd z informacją, że spaceruje sobie tam nietypowy – przynajmniej dla Polaków – gość. Męska część wycieczki szybko wskoczyła do środka i zaczęła strzelać fotki. Nie, nie bójcie się, dzieci też mogą je oglądać. Po ścianie sennym krokiem spacerował sobie… skorpion.

Gdy już obie grupy się połączyły, ruszyliśmy po schodach w kierunku ustawionego na szczycie Mauzoleum Petara II Petrovica Njegosa. Facet był ostatnim teokratycznym władcą Czarnogóry (dla niewtajemniczonych oznacza to, że władzę w państwie sprawuje najwyższy kapłan). Poza tym był też niezwykle płodnym twórcą literackim. W swoich wierszach i sztukach szerzył tezę o wyższości prawosławia nad islamem. Nawoływał też do wybijania innowierców, bo tylko kościół prawosławny daje dobro i szansę na życie wieczne.

Ostatnim życzeniem władcy było to, aby na szczycie Jazierskiego Vrha w niewielkiej kaplicy spoczęły jego szczątki. Początkowo prośby nie spełniono, tłumacząc, że liczne potyczki i ciągła niepewność o bezpieczeństwo tego miejsca zagrażają bezpieczeństwu wiecznego spoczynku Njegosa. Po kilkudziesięciu latach trafiły jednak na górę, gdzie zgodnie z przewidywaniami, były narażone na zniszczenie. W 1916 roku po całkowitym zniszczeniu kaplicy, ponownie wróciły do Cetynii. I pewnie leżałyby tam do dzisiaj, gdyby nie zapędy komunistycznych władz Jugosławii do budowania ogromnych pomników. W końcu w 1974 roku wybudowano na szczycie Jezierskiego Vrha ogromne mauzoleum, do którego wiedzie droga przez wykuty w skale tunel i 462 schody.

Również i my skorzystaliśmy z tego niecodziennego traktu, aby dostać się na górę. Gdy już tam dotarliśmy, drogę do wnętrza mauzoleum zagrodziły nam dwie duże kariatydy (kolumny w kształcie kobiet). Po ich ominięciu znaleźliśmy się w pomieszczeniu z prawie 30-tonowym pomnikiem władcy. Nie on jednak przyciąga uwagę odwiedzających to miejsce, a sklepienie, do którego wykonania użyto około 18 kilogramów… złota.

Kolejnym naszym celem było udanie się na punkt widokowy, z którego rozpościerał się imponujący widok na pobliskie pasma górskie. Wyraźnie wśród nich wybijał się najwyższy szczyt Lovcen – Stirovnik. Góra niestety niedostępna dla zwykłych śmiertelników, znajduje się bowiem na niej baza wojskowa.

Kilkanaście minut dla fotoreporterów i ruszyliśmy w dół, aby dostać się do Cetynii. Miasta, którego nazwa wzięła się od przepływającej nieopodal rzeki, a które przez długi czas było trudno dostępną stolicą Czarnogóry.

Nasze zwiedzanie tego miasta zaczęliśmy od odwiedzenia niewielkiej kaplicy, zwanej Cerkwią na Cipurze. Wybudowano ją w XIX wieku na polecenie pierwszego króla Czarnogóry – Mikołaja I. Stoi ona na miejscu starszej budowli sakralnej postawionej jeszcze przez założyciela miasta Ivana Crnojevica. W jej wnętrzach znajdują się groby obu panów i żony Mikołaja I. Na zewnątrz zaś widać pozostałości po pierwszej świątyni, wśród których w pogodne dni wylegują się psy.

Stamtąd było już tylko kilka kroków pod jeden z najważniejszych Czarnogórskich klasztorów. Monastyr Narodzenia Matki Bożej stoi na miejscu pierwszego cetyńskiego klasztoru i dworu Ivana Crnojevica. A czemu jest taki ważny? Wcale nie chodzi o jego wiek, mieszkańców czy też piękno. W jego wnętrzach przechowywana jest podobno jedna z największych relikwii – ręka Jana Chrzciciela.

Obok niego stoi dość ciekawy budynek, którego nazwa brzmi Biljarda. Jest to dom wspomnianego już przez nas wyżej Petara II Petrovica Njegosa.

Dalszy spacer prowadził koło Pałacu Królewskiego, choć my nazwalibyśmy go bardziej rezydencją lub dworem. To spory budynek w kolorze czerwonym, w którego wnętrzach mieści się dzisiaj muzeum poświęcone życiu rodziny królewskiej. Tuż obok niego postawiono pomnik Ivana Crnojevica, założyciela miasta.

Innym punktem, który odwiedziliśmy spacerując ulicami Cetyni, była Vlaska Crkva. Jest to najstarszy budynek miasta. Został wybudowany około 1450 roku. Początkowo jako budulca użyto wikliny i błota. Oczywiście, jak sobie wyobrażacie, w tym stanie nie przetrwał do dzisiaj. Obecny pochodzi z 1864 roku. Ciekawostką jest też płot pochodzący z XIX wieku, który wykonany jest z luf muszkietów i strzelb. W kościele tym ślub brały pary królewskie, a kolejnym królom nakładano tu koronę na głowę.

Po niezbyt długim czasie zwiedzania (niestety tylko z zewnątrz), udaliśmy się jeszcze na szybki posiłek i mogliśmy ruszać w dalszą drogę w kierunku naszego miejsca noclegowego. Podczas przejazdu myśleliśmy już o kolejnym dniu, w którym mieliśmy zawitać do Dubrownika i Mostaru.

12 uwag do wpisu “Lovcen – świat widziany z góry

  1. Śmieci znajduję także wysoko w górach, gdzie przebywają (zdawałoby się) „prawdziwi” miłośnicy przyrody. Też tego nie pojmuję.
    PS. Widoki cudne. 🙂

  2. My do Mauzoleum Njegosa wjechałyśmy wypożyczonym samochodem i to było dość traumatyczne przeżycie (ze względu na wąską drogę), ale na pewno było warto. Widoki stamtąd piękne. Cetinje też obspacerowałyśmy, a nawet odwiedziłyśmy dwa muzea (również bardzo ciekawe). Napiszę o tym w moich następnych wpisach.

  3. Ciekawe jest pochodzenie nazwy Biljarda (po polsku – Bilardówka) od… pierwszego stołu bilardowego, który został tam sprowadzony 🙂
    Uwielbiam Czarnogórę 🙂

  4. Gdzie są ludzie tam są śmieci! Straszny problem!!! Nigdy nie zrozumiem jak można tak po prostu wyrzucić za siebie papierek lub jtelkę… przecież wystarczy wziąć to do plecaka i wyrzucić kiedy na drodze spotkamy śmietnik…

Dodaj komentarz