środkowy wietnam - hoi an miasto lampionów

Środkowy Wietnam – lampiony, ruiny i cesarz

Słysząc: „Wietnam”, myślicie pewnie o Hanoi lub Ho Chi Minh, czyli o północy lub południu. A co z centrum tego kraju? Ciekawe, czy zgadniecie, co Środkowy Wietnam ma do zaoferowania i jaki ma smak. Udajcie się więc z nami do miasta lampionów, kompleksu słynnych świątyń-ruin i cesarskiej stolicy.

Podróżowanie autobusami jest świetną opcją na poznanie kraju wzdłuż i wszerz. Po pożegnaniu Ho Chi Minh, z przystankiem w Mui Ne i okolicy, nasz nocny autobus ruszył dalej na północ. Do pierwszego celu mieliśmy do przejechania ok. 800 km, co zajęło „zaledwie” 18 h. Zaczniemy od „perły kolonializmu”, a skończymy na przysmakach w Środkowym Wietnamie.

Hoi An

Hoi An – miasto lampionów i krawców, według wielu przewodników podobno najpiękniejsze w całych Indochinach. Co sprawia, że miejsce to przyciąga rzesze turystów z całego świata, a ludzie wracają nim oczarowani?

Architektura w Hoi An jest jedyna w swoim rodzaju. W żadnym innym mieście w Wietnamie połączenie wpływów wietnamskich, chińskich, japońskich ze szczyptą kolonialnego francuskiego akcentu nie współgra w sposób tak naturalny i przyjemny dla oka. Zanim Wietnam został podbity przez Francuzów, Hoi An było międzynarodowym portem handlowym nad Morzem Południowochińskim. To tutaj przybywali kupcy z całego świata po wysokiej jakości jedwab, z którego słynie okolica, tkaniny, porcelanę, herbatę, orzechy arachidowe, chińskie lekarstwa, cukier, pieprz, papier czy kość słoniową. Skąd o tym wiemy? Wyobraźcie sobie, że archeolodzy znaleźli m.in. wyroby ceramiczne z Hoi An w tak odległych miejscach jak egipski półwysep Synaj, czyli tysiące kilometrów za zachód.

Ta perła architektury w Środkowym Wietnamie słynie również jako miasto krawców. To tutaj w ciągu zaledwie 24 godzin jeden z małych rodzinnych zakładów krawieckich (których jest od 300 do 500) uszyje Wam na miarę smoking, ao dai (tradycyjne wietnamskie ubranie, składające się z tuniki i spodni) lub suknię z najnowszego magazynu mody. W Hoi An nabędziesz też buty szyte na miarę. My osobiście mamy pewien dystans, by korzystać z tego typu usług. Jakaś rodzina będzie harować całą dobę, nie śpiąc po nocach tylko po to, by skończyć na czas garnitur za 200 zł dla nas turystów z Zachodu? Z drugiej strony jednak ta sama rodzina cieszy się, że ma pracę i może zarobić pieniądze. To są właśnie blaski i cienie mocno turystycznych miejsc. My obyliśmy się bez ubrań czy butów szytych na miarę.

Lampiony i most japoński z dachem

W Hoi An wyjątkowa jest przede wszystkim atmosfera. Gdy przyjedziecie w to miejsce, poczujecie się, jakbyście cofnęli się w czasie i odkrywali zakamarki żywego muzeum. Stare Miasto jest zamknięte dla pojazdów, co sprzyja leniwym spacerom i podziwianiu specyficznego eklektyzmu w sztuce. Dzięki temu panuje tam niespieszna atmosfera, bez klaksonów skuterów i chaosu na drogach, które są tak powszechne w innymi miastach Wietnamu. Najlepiej zgubić się w starej dzielnicy i zanurzyć w plątaninie klimatycznych uliczek z żółtymi domami, pagodami i kuszącymi sklepikami.

Miasto jest jeszcze bardziej urokliwe po zmroku. Domy, sklepy i knajpki rozświetlają tysiące kolorowych i ręcznie robionych z jedwabiu lampionów. Turyści, jak i mieszkańcy, trzymają w rękach lampiony z papieru ryżowego, które następnie podrzucają do góry, by uniosły się wysoko i zaniosły w przestworza prośbę o szczęście. Renia wypuściła jeden lampion, by spłynął rzeką Thu Bon, tworząc z innymi magiczny łańcuszek życzeń.

Zarówno w nocy, jak i w dzień niezwykle wygląda też pewien stary drewniany most. Chua Cau, wybudowany przez Japończyków w 1593 roku, jest znany jako jedyny na świecie most, który ma dach, a w środku znajduje się buddyjska świątynia. Miał on za zadanie połączenie japońskiej dzielnicy miasta z osiedlem chińskich kupców. Według Japończyków, serce Azji – czyli smok – mieszkał dokładnie pod miastem. Żeby nie wierzgał swoim wielkim cielskiem i nie wywoływał tym podwodnego trzęsienia ziemi wraz z tsunami, należało go ugłaskać poprzez ciągłe modlitwy i prośby. Z mostem związana jest też inna opowieść, która wyjaśnia, dlaczego po jednej stronie mostu wejścia strzeże małpa, a po drugiej – pies. Otóż podobno jego budowa rozpoczęła się w Roku Małpy, a zakończyła w Roku Psa. Istnieje też druga wersja, według której wielu japońskich cesarzy przyszło na świat w latach obu tych zwierząt.

Kazik w Wietnamie

W Hoi An jest jeszcze jeden ważny europejski akcent, a dokładnie… polski. W samym centrum tutejszego Starego Miasta stoi popiersie Kazimierza Kwiatkowskiego. Słyszeliście kiedyś o tym architekcie i konserwatorze z Lublina? Większość Polaków niestety nie, ale miejscowi znają go jako Kazika i uważają za bohatera. Środkowy Wietnam wiele mu zawdzięcza. Koordynował zespół polskich i wietnamskich konserwatorów, który po wojnie zajął się rekonstrukcją Starego Miasta w Hoi An. Uchronił je nawet przed zniszczeniem, gdy w latach 90-tych XX wieku władze komunistyczne prowincji planowały wyburzyć zabytkowe budynki i postawić bloki dla pracowników. Kazikowi udało się przekonać rządzących, że to nie najlepszy pomysł. Co więcej za jego wstawiennictwem Stare Miasto w Hoi An, podobnie jak poniżej opisane My Son, wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Nasz rodak pełnił również obowiązki koordynatora misji konserwatorskiej w cesarskim Zakazanym Purpurowym Mieście w Hue, przy czamskich wieżach w Po Klong Garai koło Phan Rang oraz w sanktuarium religijnym Czamów w My Son. W miejscach odnowionych przez Kazika możecie znaleźć tablice pamiątkowe z wizerunkiem brodatego mężczyzny, któremu Wietnam skradł serce. Chciał on być pochowany w My Son, a wrócił do Lublina na wieczny odpoczynek. Wieść niesie, że gdy Wietnamczycy żegnali trumnę z naszym rodakiem, na lotnisku grali mu utwory Chopina.

My Son

W dolinie otoczonej wzgórzami i masywem Hon Quap, czyli Górą Kociego Zęba, skrywają się tajemnicze wieże Czamów niemal wchłonięte przez gęste zarośla. My Son znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO i może pochwalić się mianem obiektu archeologicznego najdłużej niezamieszkanego w całych Indochinach. Ten ośrodek religijny został założony w IV wieku przez króla Bhadravarmana, by oddać cześć hinduistycznemu bogu Śiwie.

W XV wieku tereny te zajęli  Wietnamczycy, a sanktuarium opustoszało i podupadło. Konflikty i walki w okolicy dołożyły też swoją cegiełkę. Bombardowania podczas wojny wietnamskiej uszkodziły lub zniszczyły całkowicie większość budowli. Po wojnie rząd w Wietnamie postanowił przywrócić miejscu dawny wygląd. Rozpoczęły się prace restauracyjne, ale wcześniej specjaliści zajęli się… rozminowywaniem terenu.

Kim byli Czamowie

Czamowie to lud zamieszkujący niegdyś państwo Czampa – potęgę morską, która była bardziej związkiem kilku oddzielnych małych państw. W drugiej połowie pierwszego tysiąclecia p.n.e. Czamowie przybyli na wybrzeże Indochin, jak twierdzą niektórzy z wyspy Borneo. Są oni spokrewnieni z Malajami, a religią dominującą na początku był hinduizm, który miał wpływ na rozwój ich kultury. Sanskryt był ich językiem liturgicznym, choć posługiwali się również własnym pismem.

Pod wpływem kontaktów handlowych Czamowie przechodzili na buddyzm od IX wieku, a od XI wieku część wybierało islam. Krwawe lata 70-te XX wieku odcisnęły smutne piętno na tym narodzie. Czerwoni Khmerzy wymordowali od 100 do 250 tysięcy muzułmańskich Czamów. Obecnie żyje około 133 tysiące Czamów w Wietnamie, a w sąsiedniej Kambodży – około 317 tysięcy.

Czy warto odwiedzić My Son

My uwielbiamy ruiny, a szczególnie takie, w które wdziera się przyroda, by odebrać swoje dawne terytorium. Małym niesmakiem pozostaje natomiast fakt, że My Son reklamowane jest jako wietnamski odpowiednik świątyń Angkor w Kambodży. Prawda jest taka, że daleko mu do tego kompleksu. Jest to dobry chwyt marketingowy, dzięki czemu turyści chętnie odwiedzają ceglane wieże Czamów, przypominające niektórym piramidy.

Dlatego jeśli się zdecydujecie, to najpierw wybierzcie się do My Son, a dopiero potem do kambodżańskiego Angkor. I nie wierzcie w hasła reklamowe, bo inaczej może spotkać Was mały zawód. My Son znajduje się zaledwie 35 km na południowy zachód od Hoi An. Żeby uniknąć tłumów, polecamy wybrać się o poranku lub późniejszym popołudniem.

Hue

Autobus nocny zatrzymał się po raz kolejny. Tym razem przystanek miał miejsce w Hue, czyli intelektualnym, kulturalnym i duchowym sercu Wietnamu. To właśnie to miasto pełniło funkcję stolicy zjednoczonego Wietnamu do 1945 roku. Każdy zaułek przesiąknięty jest historią związaną głównie z władcami z dynastii Nguyen, którzy założyli i rządzili Hue. Podróżników przyciąga tam tajemnica Zakazanego Purpurowego Miasta, imponująca cytadela i rozsiane po okolicy miejsca spoczynku cesarzy.

Cytadela i cesarskie grobowce

Cytadela w Hue (Kinh Thanh) to jeden z wietnamskich skarbów. Rozmach, z jakim ją zbudowano, zachwyca nawet współczesnych. Bo czyż fortyfikacja z murem o wysokości 6 metrów i długości 2,5 km, za którym ukryty jest świat opuszczonych ogrodów i korytarzy, nie budzi ciekawości? Ta potężna budowla z fosą otacza Zakazane Purpurowe Miasto, Miasto Cesarskie i Miasto Wewnętrzne. Można podążać tą samą trasą, którą uczęszczali władcy i ich służba na początku XIX wieku. Szlak ten przebiega pomiędzy kolumnami, świątyniami i pałacami strzeżonymi przez smoki.

Cytadela została niestety mocno zniszczona przez Amerykanów w wyniku bombardowań. Widok ruin Zakazanego Purpurowego Miasta (Tu Cam Thanh) przypomniał nam, że było ono zarezerwowane tylko dla władców. To tam toczyło się ich życie prywatne, a wstęp mieli jedynie eunuchowie. Nie jako towarzysze czy przyjaciele, a służący, gdyż nie stanowili już zagrożenia dla cesarskich konkubin.

Co ciekawe, grobowce władców rozsiane są po całym mieście, a nawet okolicy. W odległości od 2 do 16 km na południe od Hue możecie do nich dotrzeć np. łodzią pływającą po Perfumowanej Rzece (Song Huong). Nam nie było to pisane, więc Środkowy Wietnam wciąż kusi ponowną wizytą.

Środkowy Wietnam od kuchni

A teraz garść informacji na temat kuchni w tej części kraju. Środkowy Wietnam może pochwalić się ciekawą mieszkanką kuchni wietnamskiej, chińskiej i japońskiej z wyraźną nutą europejską. Dania są bardzo kolorowe, a ważnym składnikiem jest sos rybny (bez przypraw), duża ilość świeżych ziół i aromatyczna pasta krewetkowa. Jedzenie charakteryzuje się ostrzejszym smakiem i oczywiście zajadamy się przede wszystkim owocami morza.

Będąc w tej części kraju, szczególnie warto spróbować:

  • Cao lau – miejscowy makaron ryżowy z wieprzowiną, warzywami, kiełkami fasoli, polany sosem, a na wierzch dodaje się krakersy ryżowe z sezamem (pycha!)
  • Banh bao – (tzw. „biała róża”) gotowane na parze pierożki z różnym farszem: krewetkowym, mieloną wieprzowiną lub z utartych nasion lotosu, polane sosem i smażonym czosnkiem
  • Banh xeo – smażone naleśniki maczane w sosie z wiśni, wypełnione masą z krewetek, boczku, słoniny, cebuli, szalotki, mięty i bazylii, oprószone kiełkami fasoli
  • Banh Min – całkiem spora bułka z różnym nadzieniem: kurczakiem, wieprzowiną i w wersji wegetariańskiej.

Aż ślinka cieknie na samo wspomnienie tych smakołyków! Czas jednak pożegnać Środkowy Wietnam. Już za tydzień zabierzemy Was na północ tego fascynującego kraju.

13 uwag do wpisu “Środkowy Wietnam – lampiony, ruiny i cesarz

  1. Na mnie niestety Azja musi poczekać jeszcze kilka lat, mam nadzieję, że dam radę tam kiedyś dotrzeć 😉 Twoje zdjęcia i opisy rozbudziły we mnie apetyt na Wietnam, kurcze te lampiony WOW

Dodaj komentarz