Transylwania – Tam gdzie rodzą się wampiry

Przecierając oczy podczas rannego wstawania zdziwiłem się, ponieważ na dworze panowała nawet dość znośna pogoda, co biorąc pod uwagę poprzednie dni mojego wyjazdu do Rumunii mogło zadziwiać. Ucieszyłem się, bo kilka atrakcji jednak chciałem zobaczyć. Szybko więc zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy do centrum Transylwanii.

Na pierwszy rzut poszło niewielkie miasteczko, a właściwie nawet wieś o nazwie Biertan. Po dojechaniu na miejsce zatrzymaliśmy się na niewielkim ryneczku i skierowaliśmy się w kierunku widocznego nieopodal dużego warownego kościoła. Aby do niego się dostać trzeba pokonać kilkadziesiąt schodów i bramy wartownicze. Gdy jednak znajdziemy się już na dziedzińcu możemy poczuć się jak w twierdzy, co zresztą jest prawdą. Miejsce to tak dobrze chroniło swoich mieszkańców, że przez ponad 300 lat było siedzibą biskupów, a jak się pewnie domyślacie Ci cenili sobie spokój. Silne mury i wysokie wieże po dziś dzień pozostały niezdobyte i zachowały się w doskonałym stanie. Dzięki swojej oryginalnej formie zabudowy w 1993 roku wpisano to miejsce na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wewnątrz obwarowań znajduje się też niepozorny domek, który służył do… łagodzenia konfliktów małżeńskich. Otóż gdy zwaśniona z sobą para miała już się dość i na bruk leciały garnki, a w nocy wrzaski budziły biskupa. Brano siłą takich delikwentów i osadzano ich w tej właśnie chałupie. Pozostawali oni tam dość długo nawet kilka tygodni, bez możliwości wyjścia. Po takim czasie przeważnie emocje opadały, a para pogodzona udawała się do swojego domu. A co, gdy jednak kłótnie eskalowały i w końcu pozostawała jedna osoba spytacie. No cóż para też się znowu łączyła, tyle że w zaświatach.

Choć po dzielnych Sasach Siedmiogrodzkich, którzy budowali i zamieszkiwali w tym miejscu już dziś trudno szukać śladów (mieszkańcami Biertanu są obecnie Rumuni i Cyganie), to warto po zwiedzeniu twierdzy przespacerować się uliczkami miasta i wchłaniać atmosferę jaka panowała tam setki lat temu. Tak, do dnia dzisiejszego zachował się bowiem nie tylko schemat uliczek, ale i zabudowa z minionych wieków, o którą mieszkańcy pieczołowicie dbają.

Kolejnym naszym celem była miejscowość o nazwie Mosna. Legenda mówi, że w dawnych czasach zielone ostępy przemierzali dzielni woje, którzy zgubili się pośród gęstwiny. Nagle zauważyli wróbla, który zdawał się wskazywać im drogę. Ruszyli więc za nim. Po pewnym czasie ptak usiadł na drzewie i nie chciał odlecieć, a jego postawa mówiła „Przybyłem i tu zostanę”. Dzielni mężowie uznali to za boski znak i wybudowali w tym miejscu kościół ewangelicki, wokół którego powstało miasto Meschen (Mosna). Do dziś bydło w tym rejonie oznacza się stylizowaną na ptaka formą.

I to właśnie od tego miejsca zaczęliśmy zwiedzanie. Świątynia została wzniesiona w XIV wieku, choć dzisiejszej formy nabrała około sto lat później. Dość surowa budowla robi naprawdę spore wrażenie. Gdy weszliśmy do środka wyobraziłem sobie jakie płomienne kazania wygłaszane były z kościelnej ambony. Chwila zwiedzania i niektórzy zaczęli już wychodzić, ja postanowiłem się wczuć w protestanckiego pastora i jako że wejście nie było zamknięte wdrapałem się na ambonę i… wygłosiłem płomienną mowę, która brzmiała mniej więcej tak: „Dobra teraz zróbcie mi tę fotę” (możecie to zobaczyć na jednym ze zdjęć).

Później udaliśmy się na poddasze i wieżę, skąd rozciąga się wspaniały widok na okolicę. Schodząc z niej warto przejść się jeszcze po pomieszczeniach, w których mieszkańcy chronili się podczas wrogich najazdów. W kilku z nich urządzono niewielkie wystawy. Na koniec usiedliśmy na chwilę w niewielkim, ale dość ładnym parku.

Po chwili odpoczynku ruszyliśmy do Medias. Niezbyt dużego miasteczka, które w swojej historii ma powiązania z Polską. Otóż gdy w drugiej połowie XVI wieku na polskim tronie zasiadł Stefan Batory, to właśnie w Medias podpisywał pacta conventa, czyli coś w rodzaju umowy w której nowo wybrany król zobowiązywał się do realizacji przedstawionego w niej programu. Spytacie no dobrze ale czemu polski król zamiast w Warszawie robił to w małym rumuńskim miasteczku. Już odpowiadam – Stefan Batory był księciem Siedmiogrodu (Transylwanii).

Kilka minut spaceru poprzez miasto i stanęliśmy przed największym jego zabytkiem, pochodzącym z XV wieku kościołem pod wezwaniem świętej Małgorzaty. Gdzie na ścianach wiszą piękne dywany, a organy mienią się różnymi barwami. Z miejscem tym jest związana również mroczna historia z najbardziej znanym na świecie wampirem. Otóż gdy Vlad Tepes podpadł królowi Maciejowi Korwinowi ten postanowił go uwięzić. A gdzie najlepiej osadzić człowieka o mrocznej duszy jak nie w kościelnej wieży. Wieża Trębaczy, bo taką nazwę nosi ta budowla ma wysokość 70-ciu metrów i jest doskonale widoczna z prawie każdego punktu w mieście.

No dobra zabytki to jedno, ale najlepiej poznaje się koloryt miasta włócząc się jego ulicami lub udając się na miejskie targowisko. My połączyliśmy te dwa sposoby dzięki czemu mogliśmy poznać niezwykle pozytywnych ludzi, którzy o dziwo bezinteresownie nas polubili. Widząc nasze zainteresowanie, jedna ze sprzedawczyń na targowisku pozwoliła nawet koleżance stanąć za ladą i udawać, że ta sprzedaje owoce. Podszedł do nas też pewien mężczyzna i sam ustawił się do zdjęcia, abyśmy mieli wśród swoich fotek nie tylko kramarki, ale i prawdziwego rumuńskiego faceta.

Na koniec dnia udaliśmy się jeszcze do Sighisoary miasta, które przez wielu uznawane jest za jeden z najpiękniejszych rumuńskich grodów. Piękna starówka ze starymi kamieniczkami, liczne baszty i wieże nadają jej specyficznego średniowiecznego klimatu. Gdy dotarliśmy na rynek mieszczący się pod chyba najbardziej charakterystycznym punktem Sighisoary , jakim jest Wieża Zegarowa, naszym oczom ukazała się niepozorna żółta kamieniczka, ot jedna z wielu. Jednak, gdy do niej podeszliśmy zauważyliśmy przymocowaną do niej tablicę informującą, że to właśnie tam urodził się Vlad Tepes pierwowzór Drakuli. Co prawda długo tam nie pomieszkał, bo tylko 4 lata, ale całkiem możliwe, że duch pierwszego pośród wampirów czasami powraca aby sprawdzić, kto pałęta się po jego domu.

Z tego miejsca już tylko kilka kroków dzieliło nas do zadaszonych Schodów Szkolnych. Nazwa ta odnosi się do umiejscowionej na ich końcu szkoły, której początki sięgają XVI wieku i w której uczyło się wielu znanych rumuńskich naukowców. Tuż obok niej znajduje się Kościół na Wzgórzu miejsce szczególne w swoim rodzaju, gdyż mieści jedyną w całej Rumunii kryptę. Kiedyś w tym miejscu można było podziwiać przepiękne freski, niestety w XVIII wieku zostały one zamalowane i przeznaczone do odrestaurowania. Brak funduszy spowodował, że przeciągało się ono w czasie, aż w końcu zagubiono oryginalne szkice i nie można już było tego dokonać. Nie myślcie jednak, że nie warto tam wchodzić, bylibyście w wielkim błędzie.

Przed udaniem się na nocleg powłóczyliśmy się jeszcze trochę klimatycznymi uliczkami Sighisoary i wypiliśmy kawę w małej schowanej przed turystami kawiarence/sklepie. Kolejny dzień był dniem dość lajtowym, w którym jechaliśmy do Cluj Napoca i w którym dołączyć miała do nas druga część grupy.

9 uwag do wpisu “Transylwania – Tam gdzie rodzą się wampiry

Dodaj komentarz