Rumunia – Wampiry i taniec w deszczu

Kolejnego dnia mojej rumuńskiej podróży miałem odwiedzić jedno z bardziej mrocznych miejsc w Transylwanii, stanąć oko w oko z mrokami średniowiecza i niczym dzielny bohater z książkowych kart wywinąć się złu. Okazało się jednak, że to zło pokonało, a właściwie zniechęciło mnie do tego miejsca.

Wszyscy znacie pewnie historię faceta o przydługich zębach, którego do życia powołał Bram Stoker, a który zwał się hrabia Drakula. Gość mieszkał sobie w Transylwanii w ponurym zamczysku wraz z posłusznymi mu strzygami i gnębił okoliczny lud. Nie straszne mu były odwety wrogów, gdyż praktycznie był nieśmiertelny. Czy tak było naprawdę? Aby to odkryć postanowiłem, że zobaczę jeden z najbardziej znanych zamków rumuńskich – Bran.

Według obiegowych i nieprawdziwych opinii miejsce to było siedzibą pierwowzoru strasznego hrabiego, którym był hospodar (książę) wołoski Vlad Tepes. Władca ten był członkiem Zakonu Smoka (stąd jego przydomek Dracul), do którego należał również Władysław Jagiełło i jego brat Witold. Człowiek ten trzymał swój lud silną ręką, niepokornych wyżynał, wrogów nabijał na pal. Z drugiej jednak strony jak w tamtych czasach miał rządzić jak nie poprzez terror. Zresztą i te opowieści były wyolbrzymiane i nagłaśniane przez zagranicznych kupców, którym władca zabronił sprzedaży na znacznej części swoich terenów.
Najbardziej znanym „wyczynem” księcia było ustawienie na drodze maszerującej tureckiej armii około 20 tys. pali, na których nabici byli tureccy jeńcy (nawet jeśli przyjąć, że szacunki kronikarzy są zawyżone to i tak musiało to strasznie wyglądać). Sułtan widząc ten las rozkładających się ludzkich ciał, rozszarpywanych przez kruki i wrony, zarządził natychmiastowy odwrót. Ta batalia była wygrana, bez strat własnych.

Gdy podjechaliśmy na miejsce zobaczyliśmy tłumy ludzi zmierzające w tym samym kierunku. Co było robić ruszyliśmy razem z nimi. W końcu naszym oczom ukazał się stojący na skale zamek. Do pokonania była jeszcze tylko ścieżka i kilka schodów. Po przekroczeniu wejścia załamałem się, bo zobaczyłem jak wygląda zwiedzanie. Ludzie posłusznie i karnie jak mrówki w mrowisku posuwali się jeden za drugim, praktycznie bez możliwości dłuższego zatrzymania się i zwrócenia uwagi na jakieś elementy ekspozycji. Jeśli spytacie mnie, czy była ona interesująca to odpowiem Wam, stanowczo nie. Pełna komercha nastawiona na drążenie kasy z przyjeżdżających w to miejsce turystów. Praktycznie nic mnie tam nie zachwyciło i nic nie zainteresowało. Byłem totalnie zniesmaczony i zawiedziony. Gdy więc tuż obok nas zaczęło donośnie płakać i wrzeszczeć dziecko, a koleżanka zaproponowała, żebyśmy się zmyli, to nikt nie oponował.

Za największy pozytyw naszego pobytu we wsi Bran uważam przepyszne papanasi (coś w rodzaju pączków przygotowywanych na bazie sera, z dodatkiem konfitur i słodkiej śmietany), które zjedliśmy, aby poprawić sobie humor.

W dalszą drogę udaliśmy się w kierunku dużego zamku chłopskiego w Rasnovie. Tego typu budowle powstawały tylko na terenach Rumunii i służyły chłopom i mieszczanom do obrony przed najazdami wrogów, w szczególności przed Turkami. Nie rządzili w nich wielcy władcy czy panowie, a pospolici ludzie.

Aby zwiedzić to wybudowane również w średniowieczu miejsce musieliśmy wspiąć się na wzgórze na którym mieści się twierdza. Oglądając z dołu potężne mury wyobraziłem sobie, że za nimi znajdują się surowe pomieszczenia przeznaczone wyłącznie do obrony. Gdy przekroczyłem bramę okazało się jak bardzo się myliłem, moim oczom ukazał się bowiem sielski wiejski obrazek. Budynki z kamienia, sporo zieleni i brykające małe koty. Wszyscy jak jeden mąż podnieśli do oczu aparaty fotograficzne i telefony komórkowe, by robić zdjęcia. Nikt nie słuchał już przewodnika. Kontrast jaki różnił oba odwiedzone zamki był wprost trudny do wyobrażenia. Najeżony wcześniejszymi odwiedzinami w Branie poczułem się jakbym z piekła znalazł się w raju.

Na wszystkich alejkach panował niezmącony spokój, aż chciało się pozostać tam jak najdłużej. Później z jednego z budynków wyszedł brodaty mężczyzna ubrany w niecodzienny zdawałoby się historyczny strój (wcale taki nie był). Dopełnił on obrazu tego magicznego miejsca.

Jeśli myślicie, że to już wszystko to się mylicie. Po dłuższej chwili rozleniwiającego spaceru postanowiłem wspiąć się na drewniane obwarowania. Z ich szczytu rozpościerał się wspaniały widok na okalającą zamek okolicę. Będę z Wami szczery, mógłbym tam na jakiś czas zamieszkać.

Niestety wszystko, co dobre kiedyś się kończy i musieliśmy jechać dalej. Kolejnym punktem na naszej liście był Braszów. Dotarliśmy do niego wczesnym popołudniem, a że zwiedzanie mieliśmy zaplanowane na kolejny dzień postanowiliśmy powłóczyć się po uliczkach i załapać klimat miasta.

Choć Braszów jest ósmym co do wielkości miastem Rumunii, to spacerując po jego starówce wcale się tego nie odczuwa. Z każdej strony bije tam ciepło swojskości i ludzkiej życzliwości.

Leniwie spacerując doszliśmy do niewielkiego przesmyku pomiędzy dwiema kamienicami. Miejsce to nosi nazwę Strada Sforii. I uważane jest za najwęższą ulicę w Europie. Czy tak jest rzeczywiście? Z miarką nie sprawdzałem, ale mam wrażenie, że niektóre weneckie uliczki są do niej porównywalne. Idąc dalej wśród przepięknie zdobionych kamienic dotarliśmy w końcu do lekko schowanej, pięknie wykonanej w stylu mauretańskim budowli. Była to wzniesiona w XIX wieku synagoga. Dostępu do jej wnętrz zagradzała duża kratowana brama czego bardzo żałowałem.

Po opuszczeniu tego miejsca postanowiliśmy w końcu zjeść obiad. Gdy już napełniliśmy brzuchy rozpadał się deszcz. Nie przeraziło nas to jednak i poszliśmy dalej zwiedzać. Tuż przy rynku w jednej z bram znajduje się cerkiew i choć była zamknięta to nie żałuję, że tam zajrzeliśmy. Stojąc na podwórku zobaczyliśmy, że w pewnej odległości od nas, nie bacząc na deszcz tańczą sobie dzieci. Dwójka maluchów tak dobrze się bawiła i taką rozsiewała wokół przyjazną atmosferę, że mimo iż już dawno z dzieciństwa wyrosłem, to nabrałem ochoty na harce w deszczu. Pomyślałem sobie, że skoro w latach 50-tych Gene Kelly mógł tańczyć w deszczu, to i ja mogę. Oddałem koleżance aparat fotograficzny i zacząłem pląsać na środku podwórka. Dzieci chyba się trochę wystraszyły, bo schowały się za mamami, natomiast te ostatnie posłały mi kilka ciepłych uśmiechów.

Na koniec przeszliśmy się wzdłuż starych murów miejskich (ciągnące się wzdłuż nich uliczki robią duże wrażenie), zawadziliśmy też o jedną z miejskich wież obserwacyjnych, skąd udało mi się zrobić zdjęcie ukazującej się nad Braszowem tęczy.

Przed kolejnym dniem musieliśmy trochę wypocząć, bo planowaliśmy górską wędrówkę. Dlatego dość szybko zebraliśmy się na naszą kwaterę, która mieściła się kilkanaście kilometrów od miasta.

5 uwag do wpisu “Rumunia – Wampiry i taniec w deszczu

  1. Prawdziwe odkrywanie Rumunii 🙂 Dzięki za świetną relację, już wiem, czego nie warto zwiedzać, gdybym się wybierała do Rumunii 😉 Byłam w Braszowie przysłowiowe 100 lat temu. Było to późną jesienią, ale tam była już zima.. I panował głęboki komunizm, ludzie bali się rozmawiać z cudzoziemcami, zwłaszcza z Polski, bo u nas już zaczynał się wiatr zmian.
    Dobrze, że Rumunia się zmieniła i że otworzyła się na turystów (nie tylko na wybrzeżu).

Dodaj komentarz