Chiscau i Hunedoara – Jaskinia strachu i zamek pośród fabryk

Czy macie jakieś destynacje, które przyciągają Was niezmiennie, a do których jakoś Wam nie po drodze. Ja taką miałem do niedawna, wybierałem się do tego kraju już od kilku lat i zawsze coś mi wypadało. A w końcu to kraj moich przodków, baśniowych legend, strzyg i wampirów. Więc kiedy niespodziewanie trzy tygodnie temu trafiła mi się propozycja wyjazdu to nie zastanawiałem się i skorzystałem.

Choć zwiedziłem tylko kawałek Rumunii to kraj ten wciągnął mnie swoimi mackami, przełamał wiele stereotypów, które krążą na jego temat i pozwolił mi zanurzyć się w sobie.

Na początek coś co może dla wielu jest jasne, ale może dla innych już mniej. Jak wiecie kraj, w którym jeszcze stosunkowo niedawno (czym jest 30 lat w historii narodu) rządził komunistyczny dyktator Nicolae Ceausescu zamieszkują Rumuni. No, to chyba logiczne, ale że ci Rumuni to już nie Romowie, czy jak kto woli Cyganie może już mniej. Podobieństwo nazw bywa czasami dość mylące. Jak to więc jest?

Rumuni twierdzą, że wywodzą swoje pochodzenie od walecznych Rzymian, którzy podbijali coraz to nowe połacie znanego im świata, aż w końcu część z nich osiadła na tych terenach. Choć teza ta jest ponoć łatwa do obalenia, to jednak w większości z dużych miast trafić można na pomnik wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa.

Romowie zaś to lud koczujący biorący swoje korzenie znad wód Gangesu i nieustannie prący na zachód. Nie był to jednak marsz militarny, a pewnego rodzaju wojna podjazdowa, nie skierowana konkretnie przeciw nikomu. Karawany wozów ciągnęły na Europę i rozstawiały swoje obozowiska w pobliżu miast i osad, oferowały usługi i po części asymilowały się z ludnością miejscową, zachowując jednak w pełni swoją odrębność. Szczególnie ta druga cecha powodowała, że jako zamknięta społeczność, byli traktowani dość nieprzychylnie (sam pamiętam jak, gdy byłem jeszcze małym brzdącem przed Cygankami przestrzegała mnie babcia).

Skoro wyjaśniliśmy sobie jak to jest z tymi mieszkańcami Rumunii to powróćmy do tego co udało mi się zobaczyć.

Na pierwszy rzut poszła niewielka wieś o nazwie Chiscau, która znajduje się w Górach Apuseni (Zachodniorumuńskie). A właściwie nie sama wieś, a ponoć najpiękniejsza rumuńska jaskinia, którą 17-go września 1975 roku przez przypadek odkrył podczas wysadzania pracownik firmy wydobywczej Traian Cutra. Niedużo brakowało, aby to miejsce zostało zrównane z ziemią i zapomniane, ponieważ zarządowi przedsiębiorstwa nie w smak było wpuszczanie na „swój teren” badaczy. Jednak w 1978 roku udało się zakończyć prace eksploracyjne, a dwa lata później nastąpiło otwarcie dla zwiedzających tego niesamowitego miejsca.

Sama jaskinia ma dwa poziomy. Wyższy jest udostępniony turystom, natomiast niższy to rezerwat, do którego mogą schodzić wyłącznie naukowcy. Poruszać się można po niej tylko w towarzystwie miejscowego przewodnika. Widoki faktycznie zapierają dech, a wysokość niektórych sal powoduje, że można się poczuć jak w pomieszczeniach balowych dużego zamku (choć nie radzę wybierać się tam w szpilkach, czy lakierkach). Warto zaopatrzyć się też przed wejściem w jakieś ciepłe okrycie, bo temperatura wewnątrz oscyluje w okolicach 10 stopni Celsjusza (ja co prawda chodziłem tam w krótkim rękawie, ale wszyscy znajomi mówią mi, że z moim odczuwaniem chłodu coś jest nie tak).

No dobra, ale skąd taka nazwa? Otóż podczas eksploracji natrafiono we wnętrzach na prawie 200 szkieletów ogromnych, wymarłych już, niedźwiedzi (gdy stawały na tylnych łapach osiągały ponad 4 metry, a ich waga dochodziła do 1 tony). Jak się tam znalazły? No cóż, wlazły sobie do środka, a potem oberwał się kawał skały, który zatarasował jedyne wyjście.

O tym co działo się później możemy tylko domniemywać. Piszę ten tekst słuchając ścieżki dźwiękowej z Króla Artura (dzięki za sugestię) i oczami wyobraźni widzę walkę ogromnych bestii, rozszarpujących się nawzajem z głodu, pożerających swoich współtowarzyszy niewoli, aż w końcu zostaje jeden. Pan i władca spogląda na rozpościerające się w mroku królestwo umarłych i sam pada, aby 17 tys. lat później zostać odnalezionym.

Jednak może wyjdźmy już na zewnątrz i zaczerpnijmy powietrza, bo zrobiło się dość mrocznie.

Kolejnym punktem, do którego udałem się tego dnia był położony w sporym miasteczku XV-to wieczny zamek. Gdy zbliżaliśmy się do Hunedoary zamku ni jak nie było jednak widać. Za to ogromne kominy i pokryte zielenią ruiny dużych obiektów przemysłowych jak najbardziej. To wszystko wina polityki jaką prowadził samozwańczy dyktator Rumunii Nicolae Ceausescu. Kraj miał się rozwijać dla dobra socjalizmu, a nie pokazywać dumne i wielkie budowle możnych królów i panów. Całe szczęście, że nie wpadł na pomysł wyburzania, a jedynie przysłaniania.

Na miejscu dzisiejszego zamku już w XII wieku istniała niewielka twierdza, którą to po otrzymaniu jej w spadku rozbudował przyszły regent Węgier i władca Siedmiogrodu (który zapewne wielu z Was zna jako Transylwanię) Jan Hunyady. Człowiek ten do dziś uznawany jest przez… Węgrów za wielkiego bohatera. Życie miał barwne, acz jego koniec niezbyt miły, zmarł bowiem w Belgradzie trawiony zarazą (nie będę się tutaj o nim rozpisywał, bo wspominać go będę w kolejnych tekstach).

Na przestrzeni późniejszych wieków kilkakrotnie zmieniano wygląd i przeznaczenie zamku w Hunedoarze. Trzeba jednak przyznać, że wyszło mu to na dobre.

Dziś mieści się w nim muzeum historyczne, z czego niezmiernie się ucieszyliśmy, bo po przekroczeniu bramy z nieba runęła ściana wody. Wnętrza są dość ascetycznie urządzone i miłośnicy pięknie oświetlonych gablot wystawienniczych raczej się zawiodą. Ja jednak wolę taki klimat od czystych wypolerowanych ścian i podłóg. Przy odrobinie wyobraźni można bowiem przenieść się setki lat wstecz i poczuć esencję życia mieszkańców tych starych murów.

Dobra, wnętrza wnętrzami, ale skoro stary zamek, to gdzie legenda. Jasne, że jest i odnosi się do czasów Jana Hunyadego. Otóż zamek, aby móc spełniać swoje funkcje obronne musiał posiadać własne niezależne źródło wody pitnej, inaczej padłby dość szybko. Budowniczy wiedział o tym i postanowił wykorzystać do prac ziemnych trzech Turków, których pojmał na jednym ze swoich wypadów. Nie był jednak bezlitosny i zagwarantował im, że jeśli znajdą wodę i wybudują studnię to daruje im wolność. Poszukiwania, a następnie kopanie w skale zajęło więźniom aż 15 lat. W międzyczasie władcy się zmarło, a jego małżonka ani myślała o dotrzymaniu obietnicy. Aby przestrzec innych, więźniowie wyryli w jednej z płyt napis „Macie wodę, ale nie macie serca”. Dziś tego kamienia już oczywiście nie uświadczycie, jest inny, który niszczy legendę, więc nie będę o nim wspominał (czasami fajnie pozostać chociaż na chwilę w świecie fantazji).

Tyle na dzisiaj, w kolejnym rumuńskim tekście dowiecie się o trasie, której nie widziałem, pięknych plenerach, miasteczku z klimatem i skansenie, z którego wyszedłem zmoczony niczym przysłowiowa kura.

11 uwag do wpisu “Chiscau i Hunedoara – Jaskinia strachu i zamek pośród fabryk

    1. Myślisz o poprawności językowej, a ja o drodze (Czy nazywając Warszawę, Warsaw lub Varsavia, zmieniamy jej piękno? Nie, bo tak naprawdę nie liczy się słowo, a to co w głębi) 🙂

  1. Czekam na kolejne teksty związane z Rumunią. Do tej pory nie miałam zadnych wyobrażeń zwiazanych z tym krajem oprócz tego, ze kraj jest biedniejszy. Juz po twoich zdjeciach widzę że bardzo się myliłam 🙂

  2. Rumunia to bardzo piękny kraj. Myślę, że nadal trochę niedoceniany przez polskich turystów. Nie wiem jak jest teraz, ale kilka lat temu miałam wrażenie, że Polacy głównie przejeżdżali przez Rumunię w drodze nad Morze Czarne. Jan Hunyady jest znany także w Bułgarii. W Varnie nazwano jego imieniem bulwar. Ma też pomnik w Mauzoleum Warneńczyka. Piękne zdjęcia (jak zwykle) 🙂

    1. Dziękuję 🙂 też mam wrażenie, że Rumunia to taki trochę po macoszemu traktowany kraj. Choć będąc tam dostrzegłem, że w większych ośrodkach turystycznych widać już mocną komercjalizację.

Dodaj komentarz