Władysławowo i Hel – Highway to Hel(l)

Trzeci dzień naszego objazdu polskich granic, miał być dniem lajtowym, co nie znaczy, że nie zwiedziliśmy ciekawych miejsc. Były wśród nich: jeden z największych bałtyckich portów rybackich, umocnienia wojskowe, oceanarium i ciekawe muzeum marynarki wojennej.

Jak zwykle skoro świt, gdy wszyscy inni jeszcze spali, postanowiłem po cichu wymknąć się i zobaczyć, co kryje okolica naszej „noclegowni” we Władysławowie. Nie miałem żadnego konkretnego planu, po prostu ruszyłem w kierunku morza. Już po kilkunastu krokach trafiłem na umieszczony na niewielkim skwerze pomnik upamiętniający pierwszych poległych w 1939 roku mieszkańców Wielkiej Wsi. Ich listę otwiera Paweł Milewczyk, który w chwili śmierci miał tylko 8 lat.
Kawałek dalej przy Zgromadzeniu zakonnym Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, zobaczyłem dość wysoką murowaną kapliczkę pochodzącą z 1906 roku. Niestety nic więcej o niej nie udało mi się dowiedzieć.

Skręciłem koło niej i ruszyłem w kierunku portu rybackiego. Miałem do niego około 500 metrów, więc po chwili mijałem już stróżówkę ustawioną przy bramie. Wczesna godzina spowodowała, że poruszałem się po nim w samotności. Nie było nawet widać wędkarzy moczących kije.

Port rybacki we Władysławowie został wybudowany kilka lat przed II wojną światową i jest jednym z największych tego typu obiektów w rejonie Morza Bałtyckiego. Poza kutrami cumują tam również jachty i niewielkie statki wycieczkowe. Działa tam też morskie przejście graniczne odprawiające udających się do krajów skandynawskich, czy też Łotwy i Litwy.

Niedawny wschód słońca i szum fal spowodował, że czułem się jak w świecie z bajki. Spacerowałem po falochronie i przyglądałem się nielicznym wypływającym w morze kutrom. Niektóre wyglądały jakby pochłonąć miał je rozświetlony horyzont. Nawet nie zauważyłem, kiedy upłynęła prawie godzina. Musiałem więc zagęścić ruchy i ruszyć z powrotem na kwaterę, w końcu po śniadaniu mieliśmy wyruszyć na eksplorację najdłuższego polskiego półwyspu.

 

Gdy w końcu zaparkowaliśmy i wysiedliśmy z samochodu stanęliśmy w… piekle. I nie mówię tu o żarze lejącym się z nieba. Pod naszymi nogami znalazła się tablica informacyjna, że jesteśmy na drodze do piekła. Jako, że do strachliwych raczej nie należymy ruszyliśmy dalej i już po chwili byliśmy w helskim porcie, gdzie na niektórych budynkach można jeszcze przeczytać hasła z czasów PRL-u.

Spacerując bez pośpiechu zobaczyłem przycumowany do nadbrzeża kuter Pomorskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Kiedy przeczytałem informację o jego przynależności przypomniały mi się słowa mojej ulubionej szanty – Mona.

Jej tekst opowiada prawdziwą historię, która miała miejsce 8 grudnia 1959 roku u wybrzeży Wielkiej Brytanii. Podczas sztormowej pogody nadeszło wezwanie o ratunek od statku, któremu puściły cumy. Jedyną łodzią ratowniczą będącą w pobliżu była Mona ze swoją ośmioosobową załogą. Nie zważając na trudne warunki dzielni marynarze wypłynęli w wodną kipiel. Niestety nie udało im się dotrzeć na miejsce ich łódź została wywrócona przez wzburzone fale. Wszyscy ratownicy zginęli, ciała pięciu osiadły na dnie, dwóch woda wyrzuciła na brzeg, a ósmego nigdy nie odnaleziono.

Kilka lat po tym zdarzeniu Peegy Seeger napisała piosenkę „The Lifeboat Mona”. Gdy jej polską wersję zaczął śpiewać zespół Packet, szybko urosła do nieoficjalnego hymnu ratownictwa morskiego. A jak to z hymnami bywa, słucha się ich i śpiewa na stojąco. I tak, szczególnie w nadmorskich tawernach, gdy zabrzmią jej pierwsze nuty wielu wstaje, przerywa rozmowy, czy tańce i prosi o to samo „niewtajemniczonych”. Uważam, że jest to piękny zwyczaj, będący niejako koronacją, okazaniem szacunku, dla tych, którzy nie bacząc na warunki strzegą bezpieczeństwa morskich załóg.

 

Idąc dalej zobaczyliśmy pierwsze umocnienia z czasów II wojny światowej, a tuż za nimi duży pomnik-kopiec ułożony z kamieni. Kopiec Kaszubów jest symbolicznym wyobrażeniem początku Polski, jednocześnie ma symbolizować jedność społeczności kaszubskiej. Choć jest to dość młoda instalacja (jej odsłonięcie nastąpiło w 2013 roku), to ma też swoją legendę. Otóż w zamierzchłych czasach, gdy po naszych ziemiach spacerowały różne baśniowe stwory, Pomorze upodobały sobie Stolemy, łagodne olbrzymy cechujące się siłą, niezłomnością i hartem ducha. Mijały wieki, a wraz z nimi zmieniały się wartości, świat odszedł w kierunku bogacenia się za wszelką cenę i kultu pieniądza Stolemy posmutniały i pozamieniały się w duże głazy, których sporo na Pomorzu. Kiedy powróci miłość i braterstwo wśród ludzi, wrócą przyjazne nam Stolemy.

Gdy w końcu, po spacerze, specjalnie do tego celu przygotowaną drewnianą kładką, mająca chronić faunę i florę,  doszliśmy na sam „czubek” Półwyspu Helskiego, postanowiliśmy, że wrócimy ścieżką przez las. Był to strzał w dziesiątkę, bowiem pośród drzew pochowane są bunkry z okresy II wojny światowej, w których umieszczono ciekawe ekspozycje.

 

Pierwsza na jaką trafiliśmy opowiadała historię codziennego życia na morzu, ukazywała też bogactwo biologiczne polskiego wybrzeża. Natomiast na szczycie bunkra ustawiono tablice prezentujące życie Alfonsa Malickiego, nauczyciela-obrońcy Helu. A skoro już przy obronie Helu jesteśmy to, aż dziw, że tyle się mówi o Westerplatte, Warszawie, bitwie pod Bzurą, czy wkroczeniu wojsk radzieckich na tereny polskie, a często zapomina się o obrońcach tego skrawka polskości jakim był Hel. Gdy wszystkie wspomniane przeze mnie zdarzenia skończyły się już dla Polski przegranymi walkami, Hel bronił się nadal, skapitulował bowiem dopiero 2 października 1939 roku. Ludzie, którzy tam walczyli bali się, mieli chwile zwątpienia, ale jak napisał w swoich pamiętnikach Alfons Malicki:
„Kogóż z nas nie przerażał świst bomb, detonacja rozrywających się pocisków artyleryjskich? Jednak honor, wstyd przed współtowarzyszami, kazał je tłumić, nie ujawniać”.
Z tym honorem opuścili też swój posterunek, aby udać się do obozów jenieckich:
„2 października przed południem staje nasza załoga przed koszarami w dwuszeregu. Dowódca dywizjonu przeciwlotniczego Wojcieszek zdaje raport (…) Pada rozkaz – W prawo zwrot! Naprzód marsz! Idziemy leśną drogą do portu wojennego (…) Ładują nas na małe stateczki, płynące do Gdyni”.

W innym ze schronów urządzono wystawę o nazwie „Makabra XX wieku”. I faktycznie jest tam dość makabryczny widok, szczególnie, dla tych, którzy mają mocną wyobraźnię. Pomysłodawcy nie bez kozery zauważają już na początku drogi:
„W oryginalnych wnętrzach schronu łatwiej jest zrozumieć istotę wojny i idących wraz z nią konsekwencji. Jeśli będziesz się bał, ogarnie Cię przerażenie – wiedz, że zrobiliśmy to nie bez powodu. Wojna nie była i nie jest zabawą. To miejsce, jest po to, żeby o tym przypomnieć”.
Dobrze, że po wyjściu z tego miejsca szliśmy jeszcze przez jakiś czas lasem, mogliśmy bowiem trochę wyciszyć skołatane informacjami myśli i serca.

 

Spacerując ulicami miasteczka trafiliśmy w końcu przed dawny XV-to wieczny kościół ewangelicki, będący jednocześnie najstarszym budynkiem na Helu. Dziś nie odprawia się już w nim nabożeństw. Od 1969 roku mieści się w nim oddział Muzeum Morskiego w Gdańsku i prezentowana jest ekspozycja dotycząca historii rybołóstwa. Niestety mogliśmy podziwiać ją tylko z zewnątrz, gdyż… była zamknięta.

 

Po chwili ruszyliśmy więc w kierunku kolejnej atrakcji zaplanowanej na ten dzień było nią Fokarium. Obrońcom zwierząt spieszę z informacją, że helski ośrodek nie jest ani ZOO, ani cyrkiem, powstał by przybliżyć ludziom ten niezwykły gatunek zwierząt i pomóc w przywróceniu populacji fok w Morzu Bałtyckim. Już zbliżając się do niego od strony plaży można dowiedzieć się wielu ciekawych informacji o tych pięknych zwierzętach. Ot, chociażby takiej, że ulubionym miejscem bytowania polskich fok jest rejon ujścia Przekopu Wisły. Pewnie dlatego, że jako objęty ochroną rezerwatu daje im możliwość spokojnego życia.
Są też wiadomości zatrważające, o tym jak w bestialski sposób morduje się foki na naszym wybrzeżu.

Uiściwszy symboliczną opłatę (która w całości idzie na utrzymanie fok i badania nad ich populacją) weszliśmy na teren Fokarium. Za parę minut miały się zacząć pokazy karmienia zwierząt, które służą również spokojnemu dokonaniu przeglądu ich wyglądu i zdrowia. A jeśli już jesteśmy przy miejscu udostępnionym zwiedzającym to dołączę się do prośby jego opiekunów. Nie wrzucajmy i pilnujmy, żeby tego nie robił nikt z naszego otoczenia, żadnych przedmiotów do wody. To naprawdę nie są fontanny, czy źródełka szczęścia i monety, które tam wylądują nie przyniosą nam bogactwa, czy miłości, a doprowadzić mogą jedynie do tragedii, takiej jaka spotkała w 2001 roku fokę Krysię. Stworzenie to bardzo lubiło ludzi i myślało, że te błyszczące krążki, które wrzucają oni do basenu to taki trochę inny pokarm. Gdy Krysia padła weterynarz robiący jej sekcję zaniemówił z niedowierzania, z jej żołądka wydobył bowiem aż… 697 sztuk monet. I tak po raz kolejny bezmyślność doprowadziła do śmierci.

 

Na koniec tegodniowego zwiedzania zaplanowaliśmy wycieczkę do helskiego Muzeum Obrony Wybrzeża. Miłośnicy militariów, będą się w nim czuli jak ryby w wodzie. Zgromadziło ono bowiem wiele eksponatów militarystycznych, począwszy od najdrobniejszych elementów ubioru takich jak np. nieśmiertelniki, przez broń i amunicję, na dużych pojazdach wojskowych kończąc.

Dopiero na zakończenie  muzealnego spaceru dowiedzieliśmy się, że betonowy budynek w którym się ono mieści, jest w rzeczywistości gniazdem bojowym ogromnej armaty kalibru 406mm. Dla niewtajemniczonych to nie długość lufy, a średnica jej otworu. Niestety nie możemy podziwiać tego „cudu” sztuki wojennej, gdyż w 1941 roku Niemcy przewieźli go na francuskie wybrzeże.

 

W drodze powrotnej do naszej kwatery we Władysławowie minęliśmy jeszcze schowany za drzewami i wysokim ogrodzeniem kompleks budynków rządowych, należący do Kancelarii Prezydenta RP. Choć wszyscy mówią, że mieści się on w Juracie, to tak naprawdę teoretycznym jego administratorem jest gmina Hel.

Po powrocie zaczęliśmy szykować się do kolejnego dnia naszej podróży, ale o nim napiszę już w kolejnym tekście.

5 uwag do wpisu “Władysławowo i Hel – Highway to Hel(l)

  1. Świetnie napisany tekst 🙂 bardzo zachęcił mnie do wycieczki na Hel głównie na historię, foki oraz przyrodę 🙂

  2. Pomysł zrobienia wystawy o wojnie pokazującą ją od prawdziwej strony to znakomita sprawa. Urodziłem się prawie 25 lat po II wojnie, która powinna wstrząsnąć współczesnym światem. Niestety nic takiego nie nastąpiło. Jedynie bogata północ nauczyła się trzymać linię frontu z dala od swoich krajów, Amerykanie na wojnę o ropę nie wysyłają już nawet swoich żołnierzy, zatrudniają płatnych najemników. Coś to zmienia? Zapewnia ciszę w mediach w kraju, ale kto ma cokolwiek w głowie nigdy się z tym nie zgodzi. To jeden z powodów, dla których moja noga nigdy nie stanie w kraju odpowiedzialnym za prawie wszystkie konflikty zbrojne ostatnich lat. To sobie jako zatwardziały punkowiec ulżyłem tym komentarzem.

    1. Najgorsze jest to, że ludzie ciągle popełniają te same błędy. A może coś jest w tym co kiedyś powiedział mi ojciec (biolog z wykształcenia), że każda z populacji w świecie przyrody podświadomie dąży do pewnej regulacji ilościowej. Po prostu jest nas za dużo więc instynkt podpowiada nam, że trzeba coś z tym zrobić.

Dodaj komentarz