Moje greckie początki

Gdy za oknem pizgało złem i nawet mojemu psu nie chciało się wychodzić na spacer (przy minus 15 zamarzają mu łapy), postanowiłem coś z tym zrobić, a że nie umiem aż tak zaczarować pogody to postanowiłem na chwilę wyskoczyć w cieplejsze miejsce. Do miasta, a właściwie miast gdzie antyczne budowle sąsiadują z opuszczonymi i popadającymi w ruinę kamienicami, gdzie ludzie mimo braku kasy wychodzą wieczorami do knajp, aby się zabawić i spotkać, a w szczególności, gdzie na początku marca temperatura wynosiła około 15-18 stopni.

Pierwszy problem pojawił się na etapie pakowania, okazało się że mój przewoźnik zmienił w tym roku warunki i 35 litrowy plecak jest za duży, by wziąć go na pokład. Ale od czego mam znajdujący się około 0,5 km. od mojego domu sklep Decathlon. Po chwili miałem już odpowiedniej wielkości torbę podróżną. Wylatywałem na 4 dni więc nie było problemu upchać w 20 litrach wszystkiego co było mi potrzebne, najwięcej miejsca zajął mi oczywiście aparat fotograficzny.

Po 2,5 godzinie lotu dotarłem w końcu na miejsce, gdzie oczywiście odczułem lekki szok temperaturowy. Nie ma się co zresztą dziwić różnica wynosiła ok. 30 stopni. Na lotnisku zakupiłem 3 dniowy bilet komunikacji miejskiej, który kosztował mnie 22 euro i udałem się na peron metra, które w tym miejscu kursuje nad ziemią. Musiałem niestety odczekać prawie pół godziny, gdyż przed kilkoma minutami uciekł mi poprzedni pociąg. Po dość długiej jeździe i jednej przesiadce wysiadłem wreszcie na mojej stacji, skąd udałem się do pobliskiego hostelu. Po drodze minąłem jeszcze placyk z ładnym widokiem na Akropol.

Do drzwi wejściowych dzwoniłem kilka razy i już miałem użyć telefonu gdy pokazała się za szybą twarz młodego chłopaka, który wpuścił mnie i zameldował. Pokój hostelowy jak to pokój w tego typu noclegowniach był kilkuosobowy (w tym wypadku 7), rozsuwane drzwi były niezamykane, więc tym bardziej zdziwiło mnie, że gdy spytałem o szafkę na bagaż to recepcjonista trochę się zdziwił i zaprowadził mnie do recepcji, gdzie stała metalowa szafka, do której mogłem zmieścić co najwyżej aparat fotograficzny. Z drugiej strony jakich wygód mogłem się spodziewać za 128 złotych (za trzy doby w centrum Aten).

No cóż i tak nie wożę poza nim nic wartościowego więc rzuciłem torbę na górne łóżko, wziąłem szybki prysznic i ruszyłem w miasto. Początkowo, z racji godziny o której znalazłem się w stolicy Grecji, miałem zamiar na lekko rozejrzeć się po okolicy. Na zwiedzanie szanse miałem już nikłe, bowiem większość atrakcji zamykana była o 15-tej, a była już godzina po czasie gdy słońce osiągnęło swój najwyższy punkt. Pierwsze kroki skierowałem więc na pobliski niewielki plac, gdzie w restauracyjnym ogródku wypiłem kawę, dzięki której nabrałem energii.

Gdy ją piłem wpadłem na pomysł, że wybiorę się metrem do pobliskiego miasta portowego, którego początki sięgają czasów, gdy starożytni Grecy obawiali się najazdu Persów i aby chronić Ateny od strony wody wybudowali port w Pireusie. Choć to dwa miasta to jednak dziś wielu turystów bierze je za jedno, gdyż właściwie poza tablicami nie oddziela ich, żadna przestrzeń.

Na pierwszy rzut poszła najbliższa stacji metra przystań w tym jednym z największych śródziemnomorskich portów, który w 2016 roku przejęli Chińczycy, wykupując większość udziałów, za niebagatelną kwotę 368 milionów dolarów i gwarantując, że drugie tyle zainwestują w rozwój tego miejsca. Do nadbrzeża przycumowane były duże promy, które robiły spore wrażenie w blasku powoli chylącego się już ku zachodowi słońca.

Spacerując tak i podziwiając piękny widok doszedłem do miejsca skąd widać było bryłę jednego z pobliskich Greckich Kościołów Prawosławnych. Już z zewnątrz wyglądał ciekawie, jednak, gdy wszedłem do środka i w przyciemnionym świetle ujrzałem jego wnętrza to nie mogłem oderwać oczu od ścian. Przyozdabiały je bowiem przepiękne malowidła, których kunszt wykonania po prostu powalał na kolana. Uniosłem szybko aparat i zacząłem robić zdjęcia, pomny tego jak w Rydze w kościołach prawosławnych pilnowano by tego nie robić. A muszę Wam powiedzieć, że łotewscy prawosławni to ponoć łagodne baranki, przy tych greckich. Kilka lat temu doszło nawet do tego, że dwaj metropolici tego kościoła (w tym jeden właśnie z Pireusu) wzywali papieża Franciszka do porzucenia katolicyzmu i nawrócenia się na prawosławie, dodatkowo mieszali z błotem innych wielkich kościoła prawosławnego, którzy chcieli dialogu z katolikami (no cóż wojny religijne zawsze były najzacieklejsze i to niezależnie od wyznania, szczególnie gdy przyświecał im ślepy fanatyzm).

Po wyjściu z Kościoła Greckiego kontynuowałem spacer nadmorskimi uliczkami Pireusu. Wiele ze znajdujących się tam kamienic popadło w ruinę i obecnie straszą swoim wyglądem, zarówno mieszkańców, jak i turystów. Jedynymi ozdobami takich miejsc, są wszechobecne prace artystów ulicznych, przyozdabiających rudery pięknymi graffiti (choć i tak w Atenach jest tych przejawów artyzmu więcej niż w Pireusie).

Po kilkunastu minutach powolnego spaceru stanąłem przed wejściem na niewielki skwer, który swoja nazwę zawdzięcza Temistoklesowi – człowiekowi, który w V wieku p.n.e. doprowadził grecką flotę do rozkwitu, a jego pomysłowość i przebiegłość jeśli chodzi o walki morskie pozwoliła Grekom na zwycięstwo nad Persami w bitwie pod Salaminą. Pośród zieleni i opadłych pomarańczy zatrzymałem się na chwilę i opróżniłem butelkę z wodą.

Pokrzepiony życiodajnym płynem skierowałem kroki w kierunku, jakże niepozornego w porównaniu z poprzednim kościoła. Była to kolejna świątynia Kościoła Greckiego, ale jakże inna w swojej bryle od opisywanej przeze mnie wcześniej. Kościół św. Spyridion został wybudowany w drugiej połowie XVIII wieku, jednak już w XI wieku w miejscu tym powstał ufortyfikowany z obawy przed piratami klasztor. W tej świątyni w pierwszej połowie XIX wieku, gdy Grecja uzyskała niepodległość,pierwsze władze Aten złożyły ślubowanie.

Po drugiej stronie placu Temistoklesa wznosi się kolejna budowla sakralna, wyglądem przypominająca pierwszy z odwiedzonych tego dnia przeze mnie kościołów. Powiem wam, że w blasku zachodzącego słońca prezentował się przepięknie. Świątynia pod wezwaniem Trójcy Świętej  została wybudowana w 1845 roku. Dziś jednak po tamtych murach nie ma już śladu, zostały doszczętnie zniszczone podczas drugiej wojny światowej. Na jego odbudowę trzeba było jednak długo poczekać, gdyż na tej i sąsiednich działkach uruchomiono stanowiska archeologiczne, podczas których znaleziono kilka statków, złote monety, mozaiki i napisy w kamieniu. To co dzisiaj widzimy powstało pomiędzy 1964, a 1979 rokiem. We wnętrzu mieszczącym ponoć ponad 3000 wiernych wszystkie światła były pogaszone. Mrok rozpraszały jedynie wdzierające się przez wąskie, ale dość liczne otwory okienne, ostatnie promienie zachodzącego słońca. Wystarczyły one jednak do tego, abym z opadniętą z wrażenia szczęką wykonał serię zdjęć. Po wyjściu na zewnątrz uwieczniłem jeszcze znajdującą się przed wejściem flagę grecką, która łopotała w ostatnich światłach dnia.

Pomny tego, że recepcjonista poinformował mnie, że pozostaje w recepcji tylko do 19.00 później trzeba starać się go łapać w domu, ruszyłem w kierunku metra. Robiłem to jednak dość opieszale i starając się poruszać bocznymi uliczkami, gdyż ciemne zaułki portowego miasta zaczynały pokazywać swą o dziwo piękną stronę. Czemu piękną? Kontrast nielicznych oświetlonych kamieniczek z ich upadłymi, często będącymi w ruinie koleżankami robi naprawdę duże wrażenie.

Gdy po kolacji wdrapałem się na swoje piętrowe łóżko do pokoju weszło czterech chłopaków, którzy zamienili ze sobą kilka słów i wskoczyli do łóżek. Ich język brzmiał jak jakaś zniekształcona odmiana hiszpańskiego. Po chwili zauważyłem paszport jednego z nich leżący na stoliku i wszystko stało się jasne. Pochodzili z kraju zwanego „Krajem wiecznej wiosny” – z Gwatemali.

Jako, że kolejny dzień miałem spędzić na dość intensywnej eksploracji Aten spać poszedłem dość wcześnie. W nocy obudziły mnie jeszcze dwie Azjatki, które dość rozgadane weszły do pokoju, potem spałem już do samego rana, które dla mnie oznaczało mniej więcej godzinę 6.00. O tym co widziałem nazajutrz dowiecie się jednak z kolejnych tekstów.

6 uwag do wpisu “Moje greckie początki

Dodaj komentarz