Warszawa – Alicja w krainie czarów

Jak już wiecie z poprzedniego tekstu moją ostatnią podróżą w zeszłym roku był wyjazd do Warszawy. Obiecałem Wam w nim również, że zabiorę Was do tajemniczego świata w samym centrum stolicy. Świata, który niektórzy chcą zniszczyć. Poza tym stanąłem tego dnia oko w oko z jednym z najniebezpieczniejszych drapieżników wszechczasów i spojrzałem w twarz pięknej peruwiańskiej królowej.

Obudziłem się rano wyspany (miałem cały pokój dla siebie), wziąłem szybki prysznic, tak samo szybko pochłonąłem hostelowe śniadanie i założywszy na plecy plecak wyszedłem na ulicę. Jako, że z nieba sączył się dość mocno deszcz postanowiłem, że do celu dojadę tramwajem. Po niecałych 20 minutach przemierzałem już korytarze Dworca Centralnego. Jeszcze chwila spędzona przy szafkach na bagaże i już nieobciążony mogłem podążać na eksplorację kolejnych ciekawych miejsc naszej stolicy.

Do pierwszego punktu mojego tegodniowego  planu miałem dosłownie parę kroków. Mieści się on bowiem w jednym z najbardziej kontrowersyjnych obecnie budynków Warszawy, który chyba wszyscy Polacy rozpoznają bezbłędnie.  Pałac Kultury i Nauki jedni chcą zburzyć, inni pozostawić, ja należę do tych drugich. Chwila poszukiwań i stanąłem przed ladą kasową. Po zakupieniu biletu zostałem poinformowany, że skoro mam zamiar wejść do świata jak z bajki to muszę myśleć jak Alicja w Krainie Czarów, a więc bardzo nieszablonowo. Po zastanowieniu mogłem już wkroczyć do zaczarowanej krainy liliputów, niestety nie powiem Wam jak się tam znaleźć, obiecałem to bileterce.

Choć wahałem się, czy odwiedzać Muzeum Domków dla Lalek, w końcu już dość dawno wyszedłem z wieku dziecięcego, postanowiłem że tam wpadnę. I nie zawiodłem się. Może coś jednak jest w twierdzeniu, że w każdym z nas pozostaje trochę z dziecka.

Na niewielkiej powierzchni zgromadzono w nim ponad 120 domków dla lalek. Przedstawiają one chyba wszystkie możliwe pomieszczenia, jakie można sobie wyobrazić. Znajdziecie wśród nich oczywiście sypialnie, salony, łazienki, ale i sklepy spożywcze, gabinety lekarskie, salony ślubne, kościoły (w jednym z nich odbywa się pogrzeb), a nawet plażę.

Miejsce to może posłużyć nie tylko jako świat rozrywki dla najmłodszych, ale i miejsce poznawania historii dla starszych. Spytacie jaką wiedzę można czerpać z dziecięcych zabawek? A co powiecie na historyczny wystrój wnętrz, dawne stroje i fryzury, architekturę i wiele innych szczegółów.

Cała kolekcja pochodzi ze zbiorów Anety Popiel-Machnickiej polskiej reżyserki, scenarzystki i producentki. Prezentowane w Muzeum Domków dla Lalek eksponaty należą do największych tego typu zbiorów w całej Europie Wschodniej. Dodatkową atrakcją podczas mojej wizyty była wystawa czasowa „Dookoła świata, wystawa lalek etnicznych z kolekcji Ewy i Jagody Liszki” (możecie ją jeszcze zobaczyć przez kilka miesięcy).

Gdy wyszedłem na zewnątrz deszcz przemienił się w wielkie płatki powoli spadającego z nieba śniegu pokrywającego wszystko białą pierzyną. Do następnego punktu mojego planu miałem tylko kilka kroków, znajduje się on bowiem w tym samym budynku, tylko po drugiej jego stronie. Nie zamieniłem się więc w wielkiego białego bałwana.

W pierwszej sali Muzeum Ewolucji Instytutu Paleobiologii PAN powystawiano w gablotach utrwalone w kamieniu skamieliny najwcześniejszych organizmów żywych. Idąc dalej poznać można jak przebiegała ich ewolucja. W pewnym momencie w jednej z gablot zauważyłem eksponat jakby wyciągnięty z telewizyjnego serialu Gra o Tron. Prosto na mnie patrzyła swoimi skamieniałymi oczami głowa smoka. No dobrze mam bujną wyobraźnię, była to czaszka osobnika o nazwie Parejazaur (gad z epoki Permu, który mierzył około 2,5 metra).

Tak sobie spacerując od sali do sali zapoznawałem się z kolejnymi etapami ewolucji ziemskich gatunków. Wszystko było tym ciekawsze, że na ścianach porozwieszano tablice z wyczerpującymi informacjami. Nagle, gdy wszedłem do kolejnego pomieszczenia zrobiłem krok w tył, tuż nad moją głową zobaczyłem bowiem wielką otwartą paszczę, szczerzącą ogromne kły. Gdy już odetchnąłem spojrzałem prosto w oczy Tarbozaura, drapieżnika z rodziny tyranozaurów, a potem wycelowałem w niego obiektyw mojego aparatu fotograficznego.

Pod koniec mojej podróży po salach muzealnych stanąłem w końcu przed naszymi przodkami, a właściwie ich czaszkami. Patrząc w puste oczodoły, oczami wyobraźni widziałem jak ich właściciele przemierzają afrykańskie równiny, wypatrując łatwej zdobyczy i ukrywając się przed drapieżnikami.

W planach miałem jeszcze między innymi spojrzenie na Warszawę z góry, gdy jednak podniosłem wzrok na szczyt Pałacu Kultury i Nauki niknący w bieli, ruszyłem w kierunku ulicy Kredytowej. Mieści się bowiem na niej kolejny z obiektów, który chciałem tego dnia zobaczyć. Po kilkunastu minutach marszu znalazłem się przed Muzeum Etnograficznym. Ma ono bogatą historię, pierwsze ekspozycje pojawiły się w nim już 130 lat temu.

Już parter spowodował szybsze bicie mojego serca. W mocno przyciemnionych pomieszczeniach powystawiane w gablotach zostały stroje, biżuteria, meble i ozdoby z różnych stron świata, gromadzone przez muzeum od początku swojej działalności. Gdybym po prostu spacerował i nie czytał wywieszonych przy eksponatach tabliczek, mógłbym potraktować po macoszemu jeden z najcenniejszych przedmiotów wystawionych w tej sali. Wyglądał on jak zdobiona deska do krojenia, a okazał się pochodzącym z 1773 roku znakiem bartnym, służącym do zawiadamiania członków bractwa bartniczego o zebraniach. Jest to unikat na skalę Europejską.

Kolejne pomieszczenie mieściło najrozmaitsze instrumenty ludowe, o niektórych istnieniu nawet nie miałem pojęcia. Zgromadzono w nim też figurki przedstawiające w miniaturze najrozmaitsze stroje ludowe.

Gdy udałem się dalej trafiłem na eksponaty przybliżające życie polskiego żyda. Poza ubraniami oraz przedmiotami codziennego użytku rozwieszono tu na ścianach również obrazy przedstawiające świat gett żydowskich na przestrzeni wielu lat. W szklanej gablocie mogłem też podziwiać makietę jednej z nieistniejących już dzisiaj synagog.

Na piętrze, na ogromnej powierzchni przedstawiono bogactwo Europejskiej kultury świętowania. Poza strojami ludowymi umieszczono tam najróżniejsze ozdobniki (warto zaglądać do gablot z wysuwanymi szufladami), kukły, maski czy figurki obecne w kulturach różnych regionów. O tym, że panował (w niektórych regionach trwa do dzisiaj) zwyczaj kolędowania wiemy wszyscy. Postaci w nim występujące to zazwyczaj Diabeł z widłami, Śmierć z kosą, Trzej Królowie, św. Mikołaj i czasami jeszcze król Herod, czy Judasz. Ale czy wiecie, że nie tylko takie osoby pojawiały się kiedyś w domach naszych pradziadów. Można było wśród kolędników spotkać również: Cygana, Żyda, Turka, albo Araba. W innych regionach pojawiali się lekarze, kominiarze, policjanci i… fotografowie. A to wszystko za sprawą ich symbolicznego wyłączenia ze społeczności regionalnych. Kolędowanie kojarzy się nam również przede wszystkim z okresem świat Bożego Narodzenia, kiedyś trwało ono, aż do Wielkanocy. Obecnie tradycję tę podtrzymują chyba tylko panowie w czarnych „sukniach”, ale oni raczej nie wnoszą do odwiedzanych domów atmosfery zabawy.

Skoro zawadziłem już o tematy biblijne grzechem byłoby nie opisać Wam kolejnej ekspozycji tym razem odnoszącej się do sztuki ubogich i wykluczonych, a noszącej nazwę Biblia Pauperum. Ukazuje ona pojęcie o tym jak postrzegali i interpretowali świat biblijny, biedni, często czerpiący większość posiadanej wiedzy z kościelnych kazań ludzie wsi. Ta część wystawy Muzeum Etnograficznego zaczyna się od mocnego przekazu prezentującego raj. I o dziwo gdy się w nią zagłębimy możemy zauważyć, że twórcą świata w wyobrażeniach „ciemnej wsi” nie był wyłącznie Bóg, a niczym wschodni jing i jang działały dwie przeciwstawne siły – Bóg i Diabeł. I tak gdy ten pierwszy stworzył krowę, to ten drugi powołał do życia kozę. Gdy Bóg wymyślił pszczołę produkującą miód, to Diabeł wypuścił swoje żądlące ludzi osy. Myślicie, że ich zmagania ominęły człowieka, nic bardziej mylnego. Jak pewnie część z Was wie Anioły (najwięksi sprzymierzeńcy i słudzy boscy) nie posiadają płci, tak samo było na początku i z człowiekiem. Dopiero podstępny Szatan, gdy stwórca na chwilę zmęczony odwrócił uwagę od swego dzieła, „dorobił” człowiekowi narządy płciowe i zapoczątkował odwieczną walkę mężczyzny i kobiety. Choć, może niechcący, przyczynił się również do tego, że z wprowadzonych przez niego różnic, możemy czerpać wcale niemałą przyjemność i radość.

Przemierzając dalej salę krętą ścieżką wyznaczoną przez pojawiające się tu i tam strzałki odkrywamy koleje losu człowieka. Niektóre wcale nie tak dawne, ot na przykład gdy znajdziemy się w sekcji Patriarchowie i Prorocy możemy dowiedzieć się, że w latach 80-tych XX wieku, a więc około trzydziestu lat temu, gdy na dobre szalała jeszcze „zimna wojna”, a w telewizji oglądać można było jedynie dwa „słuszne” kanały, po domach krążyły taśmy magnetofonowe z nagraniem przepowiedni tajemniczej Sybilli (która nie miała nic wspólnego ze swoim antycznym odpowiednikiem), straszące końcem świata (skąd my to znamy), tragediami, chorobami itp.

Trochę dalej możemy dowiedzieć się, że prości ludzie utożsamiali Cyganów z Faraonami (śniada cera), których Bóg skazał na wieczną tułaczkę za zniewolenie Izraelitów. Kolejna ludowa prawda mówi, że lipy są drzewami błogosławionymi, bo tylko one pozwoliły św. Józefowi na zrobienie z siebie kołyski dla Jezusa. Na koniec opisywania tej wystawy jeszcze jedna ciekawostka, czy wiecie dlaczego pająk krzyżak ma na swoim ciele doskonale widoczny krzyż? Otóż jest to ponoć pamiątka po tym jak uratował Świętą Rodzinę przed pościgiem żołnierzy Heroda.

Ostatnią ze zwiedzanych przeze mnie wystaw była ta zorganizowana przez Miłosza i Patrycję Giersz. Polskich archeologów, którzy odkryli w Peru m.in. królewski grobowiec w Castillo de Huarmey. Pochodzi on z okresu panowania Imperium Wari, a więc z czasów przed Inkami, którzy są chyba najbardziej znanym ludem tamtych rejonów świata. Królowa Castillo de Huarmey pochowana została w królewskim grobowcu w otoczeniu 57 szlachcianek i dużej ilości „bogactw”. Dzięki nowoczesnym metodom udało się odtworzyć jej wygląd (znajdziecie, ją na jednym z poniższych zdjęć). Wśród artefaktów, które nasi archeologowie znaleźli również podczas wykopalisk, znalazło się najstarsze z dotychczas znanych kipu, będące zapisem księgowo-administracyjnym.

Po kilku godzinach zwiedzania nadszedł w końcu czas, aby skierować swoje kroki w kierunku dworca. Przed odjazdem zamierzałem jeszcze coś przekąsić, nie dane mi jednak to było, gdyż pogoda się zlitowała i przestało padać, co od razu poprawiło widoczność. Dzięki temu mogłem udać się ponownie do Pałacu Kultury i Nauki i spojrzeć na Warszawę z góry. Nie powiem, że widoczność była świetna, ale widoki i tak były niezapomniane.

Na tym zakończył się mój krótki wypad do stolicy. W następnym tekście rozpocznę cykl, w którym zabiorę Was na północny-wschód, do miasta będącego kiedyś jednym z ważniejszych miast Hanzy, a od XIV wieku największym portem na Bałtyku. Miasta, w którym za wejście do najstarszych kościołów musiałem zapłacić, a w cerkwi chodził za mną ludzki bulterier pilnujący, abym nie zrobił żadnych zdjęć

10 uwag do wpisu “Warszawa – Alicja w krainie czarów

  1. Po zdjęciach na Instagramie, z niecierpliwością oczekiwałam na wpis. Bywam w Warszawie regularnie, a tak mało o niej wiem! Dzięki Tobie podczas kolejnego wyjazdu, na pewno odwiedzę genialne miejsca! 😉

Dodaj komentarz