Warszawa – Drapieżny Dyzio

Pewnego zimowego dnia tuż przed świętami wybrałem się na spotkanie oko w oko z tyranozaurem i jego kuzynami, zamierzałem też odwiedzić schowaną w centrum miasta krainę liliputów oraz spojrzeć na wszystko z góry. Dziś pierwsza część tej krótkiej wycieczki.

Zakupiwszy wcześniej bilety wsiadłem rano do Polskiego Busa i po kilku godzinach jazdy dotarłem na dworzec autobusowy Warszawa Metro Wilanowska. Stąd po przejechaniu trzech stacji metrem znalazłem się w okolicy ulicy Rakowieckiej. To tam według moich informacji miało znajdować się Muzeum Geologiczne. Szukając go minąłem wysoki betonowy płot zwieńczony zwojami drutu kolczastego, odgradzał on ulicę od mieszczącego się za nim sławnego więzienia. Zostało ono wybudowane na początku XX wieku przez władze rosyjskie. Swoją największą sławę zdobyło jednak podczas II wojny światowej i w okresie wczesnego PRL-u.

Hitlerowcy przetrzymywali w nim wielu polskich żołnierzy służących w szeregach oddziałów walki zbrojnej. Jego pracownicy słynęli ze swojej brutalności. Gdy w 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie powstańcy próbowali już w pierwszy dzień odbić to miejsce, gdy im się to nie udało oprawcy w odwecie rozstrzelali 600 osadzonych. Jeśli myślicie, że po odzyskaniu niepodległości i utworzeniu nowego państwa coś się w tym miejscu zmieniło to się mylicie. Na okres stalinowski liczba ofiar, które zostały zamordowane w tym miejscu szacowana jest na ponad 2800. Czemu piszę szacowana? Okazuje się, że dokumentację z tamtego okresu zniszczono i nie da się określić dokładnej liczby. Dziś o zabitych przypominają tablice umieszczone na więziennym murze.

Po drugiej stronie ulicy mieści się budynek Państwowego Instytutu Geologicznego. Na jego płocie umieszczono tablice prezentujące bardzo ciekawe informacje dotyczące naszej najdłuższej rzeki. Można się z nich dowiedzieć miedzy innymi o tym: skąd się bierze woda w Wiśle (oczywiste? no okazało się, że nie tak do końca), jaką wodę piją Warszawiacy, czy w Wiśle znajdziemy jakieś skarby, poza tym jeszcze wiele innych ciekawostek.

Aby dotrzeć do pierwszego z moich celów podróży musiałem w tym miejscu skręcić w niewielką uliczkę Wiśniową. Gdy to zrobiłem już po chwili znalazłem się przed wejściem do Muzeum Geologicznego. Mimo, że powstało już w okresie międzywojennym i wejście do niego jest bezpłatne, to gdy o nim wspominałem wiele osób dziwiło się, że  istnieje.

Po wejściu na główną salę stajemy oko w oko z „Dyziem”. Nie bójcie się, nie odbiło mi, tak właśnie ma na imię rekonstrukcja przedstawiająca dilofozaura. Był to dorastający do prawie 6 metrów drapieżnik polujący na małe gatunki, a gdy ich nie dorwał to nie gardził również padliną. W gablotach umieszczonych wzdłuż ścian wystawiono liczne okazy skamielin robiących naprawdę spore wrażenie. Poza tym znajdują się też tam najróżniejsze minerały mieniące się całą ferią barw i kształtów. Na samym końcu sali ustawiono szkielety mamuta, nosorożca i niedźwiedzia, przyznaję, że naprawdę robią spore wrażenie. W krużgankach znalazłem natomiast czaszki naszych praprzodków. Całości dopełniają rozwieszone na ścianach tablice informacyjne, tłumaczące jak powstawały te wszystkie cuda. Gdy już zbierałem się do wyjścia i schodziłem jedną z klatek schodowych moją uwagę przykuł model pustyni, a po drugiej stronie znalazłem projekt jaskini, wszystko to oczywiście z ciekawymi opisami.

Chcąc dostać się do kolejnego przewidzianego przeze mnie celu tegodniowego planu mogłem wrócić kawałek i metrem dojechać prawie na miejsce. Postanowiłem jednak się przespacerować zawadzając o tereny zielone. I nie zawiodłem się słuchając głosu swojej intuicji. Na początku podziwiałem jak zmienną potrafi być architektura. Natknąłem się też na pomnik Tarasa Szewczenki ukraińskiego poety żyjącego i tworzącego w XIX wieku. Na cokole umieszczono cytat z jednego z jego wierszy: „Podaj mi rękę, bracie – Lasze, miejsce mi w sercu swoim daj, a odzyskamy szczęście nasze – w imię Chrystusa cichy raj!”. Przy pomniku skręciłem i już po chwili znalazłem się pod jednym z ważniejszych budynków w Polsce. Belweder bo to o nim tu piszę przesiąkł historią zarówno tą starszą jak i nowszą. Dziś jego głównego wejścia strzegą wartownicy w mundurach. A na przechodzących obok surowym wzrokiem spogląda marszałek Józef Piłsudski, na którego w szklanym garażu czeka cadillac 355D.

To właśnie w tym miejscu zagłębiłem się w świat zielonych mimo zimy Łazienek. Pierwszą budowlą na mojej trasie była świątynia Sybilli (lub jak kto woli Diany). Powstała ona na życzenie cara, a jej architektem był Jakub Kubicki, wcześniejszy stypendysta króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Tuż koło niej na brzegu niewielkiego stawu spotkałem pocieszne rude maleństwo, które śmiało wcinało jakiś przysmak.

Po chwili ruszyłem dalej, a moim oczom ukazał się obraz jakby prosto przeniesiony z Państwa Środka. Ogród Chiński, bo o nim tu mówię stworzono z inicjatywy naszego ostatniego króla, choć za jego czasów wyglądał inaczej. Obecną aranżację przygotowano w 2014 roku. Nacieszywszy oczy tym widokiem ruszyłem dalej, minąłem pięknie prezentujący się na tle zachmurzonego nieba Zamek Ujazdowski i dotarłem do wznoszącego się nad moją alejką mostu będącego częścią Trasy Łazienkowskiej, który od niedawna nosi nazwę ulicy Lecha Kaczyńskiego. Gdy wszedłem pod podtrzymujące go filary moim oczom ukazał się widok, który uradował moje oczy. Jak już wiecie z moich poprzednich tekstów lubię wszelkie przejawy sztuki ulicznej, a tu na każdej przyporze znajdowało się swoiste dzieło sztuki, powstałe w ramach oryginalnej w swoim zamyśle Wystawy Malarstwa. Została ona przygotowana parę lat temu przez Beatę i Pawła Konarskich i świetnie wkomponowała się w przestrzeń miejską.

Spojrzawszy na zegarek stwierdziłem, że najwyższy czas się pospieszyć i ruszyłem dalej, szybkim krokiem minąłem wąskie uliczki, dwa najważniejsze budynki w kraju (Sejm i Senat) i w końcu dotarłem do drugiego z zaplanowanych na ten dzień celów mojej podróży. Było nim mieszczące się przy Alejach Jerozolimskich Muzeum Wojska Polskiego. Już jego ekspozycja zewnętrzna robi wrażenie na niezbyt dużej powierzchni zgromadzono samoloty, śmigłowce, czołgi, wozy opancerzone i inny sprzęt ciężki używany przez naszych żołnierzy. Wnętrza natomiast mieszczą eksponaty prezentujące całą historię naszej armii, począwszy od czasów gdy waleczni woje zakuci w zbroje przemierzali na swoich wiernych rumakach dzikie równiny i stepy, przez wieki gdy skrzydła polskiej husarii budziły grozę w każdym zakątku Europy, po zażarte i niosące śmierć walki II wojny światowej. Wszystko to okraszone dużą dozą informacji i ciekawostek, choćby takiej jak o Polskim Białym Krzyżu (może wyjdę na ignoranta, ale nie słyszałem wcześniej o tej organizacji, która powstała, bo Czerwony Krzyż nie chciał współpracować z Polską).

Po wyjściu z muzeum uznałem, że to już najwyższy czas aby udać się do hostelu i zostawić w nim plecak. Daleko nie miałem wystarczył krótki spacerek Mostem Poniatowskiego, nie musiałem nawet przekraczać Wisły. Jeśli myślicie jednak, że zanim dotarłem na miejsce mojego noclegu nie znalazłem nic ciekawego po drodze to się mylicie. Już na starcie tego marszu moją uwagę przykuł Klub Wieżyca, potem jeszcze detale mostu, a na koniec schody pod niego prowadzące. Po zakwaterowaniu się poszedłem na Stare Miasto coś zjeść i złapać siły przed kolejnym dniem, który miał być pełen atrakcji.

O nich dowiecie się już jednak z kolejnego tekstu. A przeniosę się w nim z Wami między innymi do tajemniczego trochę baśniowego świata ukrytego w samym centrum Warszawy, oraz stanę oko w oko w chodzącą maszyną do zabijania.

2 uwagi do wpisu “Warszawa – Drapieżny Dyzio

  1. Bardzo fajnie napisane 🙂 Przyjemnie się czyta i fakt, zaskoczył mnie Dyzio i tak wspaniałe mało znane muzeum. Myślę, że mało kto tam się wybiera odwiedzajac stolicę, a jak widać warto.
    Zapraszam też do mnie na bloga balupierwszy.pl

Dodaj komentarz