Gdynia – „Błyskawiczna” decyzja

W pewien letni weekend miałem w planach wyskoczyć do Krakowa. Jak wiecie jednak plany lubią się zmieniać, szczególnie gdy ktoś jest tak spontaniczny jak ja. Gdy byłem już na dworcu kolejowym, do głowy wpadła mi myśl „A może by tak nad morze?”. Stanąwszy przed kasą biletową powiedziałem, że proszę o bilet do Gdańska (choć nie o nim będzie ten tekst). Nie zraziło mnie nawet to, że podobno wszystkie miejscówki były już wyprzedane, więc groziło mi spędzenie nocy na korytarzu.

Nie było jednak tak źle, po krótkiej rozmowie z miłą panią konduktor okazało się, że mogę spokojnie usiąść w jednym z przedziałów. Gdy tam się znalazłem, szybko wszedłem na Booking i zarezerwowałem sobie nocleg w jednym z hosteli. Noc upłynęła mi spokojnie na błogim śnie w kolejowym przedziale. Poranek przywitał mnie lekkim chłodem i sączącym się z nieba od czasu do czasu deszczem.

Po zostawieniu plecaka w dworcowej szafce wskoczyłem do pociągu podmiejskiego i już po kilkunastu minutach zameldowałem się w Gdyni. Po kilku krokach natknąłem się na ciekawy pomnik upamiętniający wysiedlonych w 1939 roku mieszkańców tego miasta. Niektóre źródła podają, że w tamtych dniach zmuszonych do opuszczenia swoich domów zostało, aż 80% populacji.

Po paru dalszych krokach skręciłem w ulicę 10-go lutego, która bezpośrednio prowadzi w kierunku Mola Południowego, będącego głównym celem mojej krótkiej wizyty w Gdyni. Jednak zanim do niego dotarłem natknąłem się na ciekawe budynki. Pierwszym z nich był dawny Bank Polski, wzniesiony w 1929 roku i pełniący swoją funkcję nieprzerwanie przez 70 lat. Dzisiaj niestety można podziwiać go wyłącznie z zewnątrz, nad czym ubolewałem, bo co widać na zamieszczonych na pobliskim płocie materiałach informacyjnych wnętrza prezentowały się niesamowicie. Ponoć w tym roku budynek znalazł nowego nabywcę, który ma go wyremontować. Mam nadzieję, że budowla zachowa swoje piękno, a nie stanie się kolejnym centrum handlowym, bądź szarym biurowcem.

Kolejnym przyciągającym wzrok obiektem jest oddany do użytku również w 1929 roku gmach Poczty Polskiej. Był on pierwszym modernistycznym budynkiem użyteczności publicznej w Gdyni. Niestety do dnia dzisiejszego nie zachowały się piękne zdobienia w stylu art deco, które można było przez pierwsze lata podziwiać na jego frontonie.

Przy ulicy 10-go lutego ustawionych jest wiele pomników, upamiętniających ważne wydarzenia i zasłużonych ludzi. Jednym z tych ostatnich był niewątpliwie Eugeniusz Kwiatkowski, wybitny przedwojenny polityk, dzięki któremu Gdynia zyskała na wartości jako miasto i port.

Gdy dotarłem do skrzyżowania z ulicą Świętojańską, zauważyłem wznoszący się nieopodal kościół. Jak się po chwili okazało był to pierwszy tego typu budynek w Gdyni, który wybudowano w 1924 roku. Nosi on wezwanie Najświętszej Marii Panny Królowej Polski. Miałem szczęście, gdyż główne drzwi były otwarte i mogłem podziwiać wnętrza kolegiaty. Wnętrza tego stosunkowo młodego budynku kryją kilka ciekawych obrazów oraz płyt pamiątkowych.

Spacerując dalej ulicą 10-go lutego doszedłem w końcu na nadbrzeże. Zacumowane tu stoją statki i okręty o nazwach, których chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Natomiast w tle wznosi się ciekawy budynek, który jak się później dowiedziałem jest jednym z najwyższych budynków mieszkalnych w naszym kraju.

Jako, że jeszcze było dość wcześnie i nie można było dostać się na pokłady poszczególnych jednostek muzealnych postanowiłem wykorzystać czas i skierowałem się do położonego po prawej stronie budynku. Mieści się w nim Akwarium Gdyńskie, zwane też potocznie Oceanarium. Po zakupieniu biletów, zagłębiłem się w przepiękny świat morskich głębin, zarówno tych nam najbliższych, jak i tych bardzo odległych.

Bliskość morza niewątpliwie wpłynęła na to, że placówka ta jest jedną z największych w Polsce i zarazem najstarszą zajmującą się szeroko zakrojonymi badaniami morskimi. Zgromadzone tam okazy fauny i flory to jednak nie jedyne atrakcje tego miejsca, na wielu tablicach i makietach można zapoznać się z budową i fizjologią mórz i oceanów na całym świecie.

Gdy wyszedłem po ponad godzinie zwiedzania na zewnątrz mogłem udać się już na zwiedzanie zacumowanych statków, a właściwie jednego statku i jednego okrętu. Na pierwszy rzut poszedł znany chyba wszystkim „Dar Pomorza”, zwany też czasami „Białą Fregatą”. Żaglowiec ten, choć tego nie widać został zwodowany już w 1909 roku, wtedy posiadał jednak nazwę „Prinzess Eitel Friedrich”. Po klęsce jaką ponieśli Niemcy w I wojnie światowej trafił do Francji, skąd w 1929 roku, dzięki ofiarności mieszkańców Pomorza odkupił go Pomorski Komitet Floty Narodowej. Od tego momentu jednostka ta pływała pod polską banderą. A aby uczcić szczodrość ludzi, którzy w jakże trudnym dla Polski okresie przekazali pieniądze na zakup nadano jej nazwę „Dar Pomorza”.

Piękna fregata, bo tak klasyfikuje się ją pośród licznych rodzajów statków już od początku swojego pobytu w Polsce służyła młodym adeptom za statek szkoleniowy. Od tego też czasu pływała właściwie po wszystkich „słonych” wodach świata.

Gdy w 1972 roku po raz pierwszy żaglowiec z Polski miał brać udział w prestiżowych i największych światowych regatach o nazwie Operacja Żagiel, to właśnie wystawiono „Dar Pomorza” i ku zaskoczeniu wszystkich znawców tematu to właśnie on wygrał. Rywalizacja była tak zacięta, że zwycięzca miał na mecie 4 metry przewagi. To tak jakby w biegu na 100 metrów zawodnik wygrał o długość nosa.

Od 1982 roku statek ten został wycofany z czynnej służby i przekształcono go w muzeum, można zwiedzać zarówno jego pokład, jak i wnętrza. Pałeczkę statku szkoleniowego dla młodych adeptów żeglarstwa morskiego przejął stojący nieopodal „Dar Młodzieży”. W czasie jednego z rejsów tego drugiego żaglowca w jednej z jego kajut przebywał Tony Halik. Gdy nagle zerwał się tzw. biały szkwał, który zerwał 7 żagli i spowodował dość poważne uszkodzenia, sławny polski podróżnik wyszedł na pokład i spytał kapitana, czy może powtórzyć akcję ratowania statku, bo… nie zdążył jej nagrać.

Podczas mojego pobytu przy gdyńskiej kei stał zacumowany jeszcze jeden znany żaglowiec, sporo mniejszy od opisanych wyżej, ale nie mniej sławny „Zawisza Czarny”. Ten duży jacht pod obecną nazwą pokonuje morza i oceany od 1961 roku, wśród braci morskiej krążą o nim nawet piosenki. Słowa jednej z nich obrazują piękno morskich podróży:
„Pod żaglami Zawiszy
życie płynie jak w bajce
czy to w sztormie, czy w ciszy
czy w noc ciemną, dzień jasny…
… Więc popłyńmy raz jeszcze
w tę dal siną bez końca
aby użyć swobody
wiatru, morza i słońca…”

Do nadbrzeża przycumowany jest jeszcze jeden okręt. Dumny, smukły i groźny nosi nazwę „Błyskawica”. Wybudowano go przed drugą wojną światową jako kontrtorpedowiec (według dzisiejszej nomenklatury niszczyciel). Dzięki temu, że na 2 dni przed wybuchem II wojny światowej wyszedł z portu i wraz z innymi okrętami skierował się do portów Wielkiej Brytanii mógł brać udział w działaniach wojennych. Później służył jako jednostka szkoleniowa kadr polskiej marynarki wojennej, a od 1976 roku jest okrętem muzeum. Z zewnątrz „Błyskawica” wygląda okazale, jednak gdy wejdzie się do środka, aż trudno uwierzyć, że była w stanie pomieścić liczną załogę. Korytarze, pomosty i drabinki są wąskie, trzeba też uważać, aby nie rozbić sobie czoła o wystające elementy metalowe. I pomyśleć, że poruszałem się po niej, gdy wody były spokojne. Podziwiam tych, którzy sprawnie biegali po  „Błyskawicy” w czasie sztormu, czy działań bojowych.

Po zwiedzeniu najstarszego na świecie, udostępnionego zwiedzającym niszczyciela, ruszyłem w kierunku kolejnego muzeum, było nim mieszczące się nieopodal gdyńskiej plaży Muzeum Marynarki Wojennej. Od 1953 roku placówka ta gromadzi i udostępnia eksponaty związane z marynistyką. Na początek odwiedziłem wystawę czasową, na której przedstawiono prace wybitnego malarza polskiego specjalizującego się w tematyce morskiej – Adama Werki. Później udałem się na piętro, gdzie zgromadzono eksponaty związane z historią marynarki, począwszy od modeli dawnych okrętów, aż po batyskaf i torpedy. Ale to nie wszystko, muzeum prezentuje jeszcze ekspozycję zewnętrzną, na którą składają się stare armaty, działa okrętowe, czy samoloty i helikoptery wsparcia lotniczego.

Gdy skończyłem podróż wśród eksponatów poczułem, że zgłodniałem, do najbliższej restauracji nie miałem daleko wystarczyło wejść na najwyższe piętro muzeum. Obiad, który zamówiłem był bardzo smaczny, choć do najtańszych nie należał.

Na zakończenie mojego krótkiego pobytu w Gdyni przespacerowałem się jeszcze na chwilę na plażę, pogoda jednak nie zachęcała do spaceru jej brzegiem. W drodze powrotnej na dworzec kolejowy zostałem jeszcze obdarowany małym Heinekenem, który ładne dziewczyny rozdawały w ramach promocji.

Późnym popołudniem dotarłem do Gdańska, gdzie miałem nocować. Odwiedziłem tam całkiem przypadkowo jedno małe, a jakże ciekawe muzeum, ale o tym już napiszę w kolejnym tekście

15 uwag do wpisu “Gdynia – „Błyskawiczna” decyzja

  1. Świetny spacer 🙂 Gdynia to moje ulubione miasto nadmorskie, zwiedziłam wszystko to, co opisywałeś, ale bardzo lubię tam wracać, nawet oglądając zdjęcia na blogu 🙂 W tym roku nie udało mi się wskoczyć latem do Gdyni, wprawdzie rok się jeszcze nie skończył, ale wątpię, bym miała okazję pojechać chocby na weekend. Ciekawa jestem, jak wyjdzie w Twoim odczuciu porównanie Gdyni i Gdańska, bo to diametralnie różne miasta. W każdym razie ja wolę Gdynię, bo Gdańsk mnie przytłacza.

    1. Gdańsk też ma swoje dobre strony, o niektórych już pisałem, ale faktycznie Gdynia jest taka lżejsza, bardziej spokojna i wiem, że do niej wrócę, bo jest tam jeszcze kilka miejsc, które chciałbym odwiedzić 🙂

  2. Fajny spontan!
    Też byłam na chwilę w Gdyni tego lata, ale nie bardzo był czas na zwiedzanie miasta.

    Te wnętrza banku – musiały być cudowne! Po kształcie schodów i drzwi coś tak się secesyjne wydają. Mam nadzieję, że nowy inwestor je należycie odrestauruje. 🙂

    1. Lubię spontany, dlatego czasami kierując się na zachód, dziwnym trafem odnajduję się na wschodzie 😉
      Też mam nadzieję, że inwestor nie da ciała i nie będzie chciał zrobić z budynku banku jakiegoś dziwoląga pseudo zabytkowego.

  3. mieszkańcy mówią, że Gdynia jest najpiękniejsza z Trójmiasta, ale trzeba wiedzieć gdzie deptać. Byłam, ale nadal Gdańsk zwycięża jednak wiem, że nie odkryłam miejsc, które znają mieszkańcy 🙂 Jak zawsze miło się spaceruje – Ty sobie mokniesz my się delektujemy 🙂

    1. Gdynia jest niewątpliwie różna od Gdańska, bardziej spokojna. Gdańsk to spore, rozrywkowe i tętniące życiem miasto. Sopot jeszcze przede mną więc na jego temat nie mogę się wypowiedzieć. A co do lekkiego deszczu to wolę go niż duże upały 😉

      1. Co do Gdyni tam chyba są jakieś wyciągi.sąraz przejazdem udalo mi sie wiechać w obszar przypominający pogórze…bardzo malowniczy 🙂

Dodaj komentarz