Góry Świętokrzyskie – Grunwald, Shire i Dom Cienia za jednym razem

Kolejny dzień wyjazdu z przyjaciółmi zapowiadał się dość ciekawie, mieliśmy odwiedzić kilka interesujących miejsc, a okazało się, że atrakcji było więcej niż zaplanowaliśmy. Dowiedzieliśmy się co łączy Bitwę pod Grunwaldem z niewielka wsią w województwie świętokrzyskim, otworzono dla nas zamkniętą przestrzeń muzealną, zostałem pogoniony przez zakonnika i na chwilę przenieśliśmy się do Shire. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej to zapraszam do czytania dalszego ciągu tego tekstu.

Dzień zaczął się normalnie, śniadanie, kawa i już siedzieliśmy w samochodzie moich przyjaciół zmierzającym ku czekającej nas przygodzie (bo każda podróż jest takową). Po przejechaniu kilkunastu kilometrów zagłębiliśmy się w leśne klimaty, a po lewej stronie między drzewami pojawiły się wodne widoki, postanowiliśmy skręcić i zatrzymać się na chwilę nad zalewem. Po chwili natrafiliśmy na zjazd, a za nim spory jak na takie miejsce parking. Po kilku krokach byliśmy już na zaporze, skąd rozciągał się przepiękny widok na otoczone lasami jeziorko. W oddali zauważyliśmy też piaszczystą plażę i kilka zabudowań wokół niej.

Mnie jednak bardziej zafascynowała sama niewielka tama, po której spacerowaliśmy. Podziwialiśmy stare mechanizmy sterowania przepływem wody, kipiel tworząca się u stóp zbiorników przelewowych i dźwięk płynącej oraz spadającej wody. Z okolicznej tablicy dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w Borkowie na zaporze wodnej wybudowanej stosunkowo niedawno, bo w latach 70-tych ubiegłego wieku. Kilkunastominutowy spacer po koronie, z której rozciągał się przepiękny widok, podładował nasze baterie energetyczne. Jeszcze tylko kilka fotek i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Po pewnym czasie dotarliśmy pierwszego celu – Pierzchnicy. Samochód zostawiliśmy na parkingu na rynku i udaliśmy się w kierunku zabytkowego kościoła. Po drodze minęliśmy jeszcze fontannę i dużą drewnianą studnię. Budowla sakralna do której dotarliśmy datowana jest na koniec XVIII wieku. Jej główną atrakcją jest znajdujący się wewnątrz, pochodzący z XV wieku obraz świętej Małgorzaty, która jest patronką tego miejsca. Niestety choć zewnętrzne drzwi były otwarte, zaraz za nimi natrafiliśmy na kolejne, tym razem zamknięte. Wnętrze mogliśmy jednak podziwiać przez niewielkie szybki, tak też udało mi się wykonać zdjęcie. Tuż przy kościele znajduje się niezbyt duży cmentarz, nie jest może zbytnio ciekawy, ale kilka interesujących pomników można na nim znaleźć.

Gdy wracaliśmy już do samochodu pośród małomiasteczkowej zabudowy, spotkaliśmy mieszkańca tego miejsca, który po chwili rozmowy wskazał nam jeszcze jedną, ponoć fajną lokalizację, o której przewodniki raczej nie krzyczą. Postanowiliśmy się tam udać, tym bardziej, że dzieliło nas od niej tylko kilkaset metrów. Gdy je przeszliśmy, naszym oczom ukazał się widok niczym z Hobbitowa. Pagórki poprzecinane trochę zarośniętymi ścieżkami mieszczą niewielkie zdawałoby się domki ziemne. Są to pochodzące nawet sprzed 200 lat kamienne piwniczki. Ich historia nie jest może tak literacka jak karzełków z książek Tolkiena, ale warto je zobaczyć szczególnie wiosną, gdy całe wzgórza się zielenią.

Miasteczko, a obecnie wieś położona jest na dość podmokłych terenach, co uniemożliwia podpiwniczenie gospodarstw domowych. Mieszkańcy postanowili więc przechowywać produkty żywnościowe w kamiennych pomieszczeniach rozsianych na okolicznym wzgórzu. Te swoiste spiżarnie mają dość spore wymiary 3×4 metra, a ich sklepienia są kolebkowe. Dziś są one wciągnięte do rejestru zabytków.

Nasza dalsza droga wiodła w kierunku Chmielnika, gdzie dotarliśmy po niezbyt długim czasie. Miasto to zamieszkane było kiedyś przez kilkanaście tysięcy żydów, którzy stanowili większość ludności tej lokacji. Choć wydawałoby się, że jest tu sporo miejsc do parkowania to wszystkie były pozajmowane i musieliśmy zrobić kolejną rundkę po ulicach. W końcu Ewa wypatrzyła lukę w ciągu stojących przy krawężniku samochodów i ruszyliśmy na zwiedzanie. Po krótkim spacerze trafiliśmy pod spory biały budynek, w którym mieści się Ośrodek Edukacyjno-Muzealny „Świętokrzyski Sztetl”. Zakupiwszy bilety udaliśmy się na zwiedzanie starej synagogi. Przewodnik po kilku słowach wstępu pozostawił nas samych, abyśmy zagłębili się w atmosferze małego żydowskiego miasteczka.

Tym co przyciąga wzrok zaraz po wejściu na salę ekspozycyjną jest duża, wykonana w całości ze szkła bima. Drugiej takiej nie ma na całym świecie. Postawiono ją na miejscu poprzedniej kamiennej, która została zniszczona. Wokół niej umieszczono gabloty ekspozycyjne, a na ścianach powieszono stare fotografie. Każdy z wystawionych eksponatów został wyczerpująco opisany, zadbano też o osoby niedowidzące lub obcokrajowców, wystarczy nacisnąć przycisk, a lektor przekaże nam wiadomości o danym eksponacie.

W kilku miejscach pozostawiono na ścianach oryginalne malowidła, które dodają pomieszczeniu historycznego klimatu. Górną część dawnej synagogi przeznaczono na wystawę fotograficzną, prezentującą przedwojenne życie w gminie żydowskiej. Aby ją zwiedzić trzeba wejść na platformę, częściowo wykonaną ze szkła. Przyznam się Wam, że wrażenie jest dość ciekawe, ale nie musicie się obawiać, podłoga wytrzyma każdy ludzki ciężar. Warto też zwrócić uwagę na stojące w kącie instalacje, prezentujące najróżniejsze urządzenia, używane w synagodze lub domach żydowskich.

Nagle, w tej zdawałoby się nabożnej ciszy odezwał się dzwonek telefonu, dzwoniła moja mama. Aby nie przeszkadzać innym, opuściłem sale muzealne, a po zakończeniu rozmowy podszedłem do biletera/przewodnika i wdałem się z nim w krótką rozmowę. Pod jej koniec, gdy już pojawili się Arek i Ewa, mężczyzna spytał czy chcielibyśmy jeszcze coś zobaczyć. Co prawda wejście tam jest zamknięte, ale przecież on ma klucze. Oczywiście byliśmy zainteresowani tematem. Zaprowadził nas więc do drzwi wychodzących na duże ogrodzone podwórko. Na jego końcu znajdowała się dziwna, prosta w swojej budowie instalacja w kolorze czarnym, w jej środku na ścianach zamieszczono nazwiska zmarłych. Jak dowiedzieliśmy się, postawiono ją na miejscu starego, pochodzącego z 1630 roku cmentarza żydowskiego, który został zniszczony doszczętnie podczas II wojny światowej. Ten swoisty pomnik upamiętniający zmarłych nosi nazwę Domu Cienia.

Kolejnym etapem naszej wędrówki po Chmielniku był miejscowy kirkut działający od 1820 roku, aż do czasów II wojny światowej. Obecnie poddano go renowacji, finansowanej przez żydowską rodzinę z Izraela. Pochodziła ona z tych rejonów, a na tym cmentarzu pogrzebane zostały szczątki ich bliskich.

Do Chmielnika warto przyjechać szczególnie w połowie czerwca, gdy odbywają się tu coroczne imprezy pod ogólną nazwą „Spotkania z kulturą żydowską”. Wtedy też można zagłębić się w tradycji, która w Polsce miała bardzo silne wpływy jeszcze kilkadziesiąt lat temu.

Wracając z cmentarza ujrzeliśmy, że za wycieraczką naszego samochodu znajduje się włożona kartka. Pomyśleliśmy – „No pięknie pewnie jakaś opłata za parkowanie była”. Prawie trafiliśmy, na urzędowym druku odczytaliśmy informację, że mamy się stawić o konkretnej godzinie w siedzibie Straży Miejskiej. Do wyznaczonej pory było jeszcze około 30 minut, ale doszliśmy do wniosku, że przecież możemy sprawę załatwić wcześniej. No cóż, nie pomyśleliśmy jednak, że Chmielnik nie jest zbyt dużym miastem – biuro Straży Miejskiej było zamknięte, bo funkcjonariusze byli na obchodzie terenu. Gdy w końcu wrócili i chcieli już z nami porozmawiać, dowiedzieliśmy się, że zaparkowaliśmy na zakazie zatrzymywania, ciekawe bo znaku nie było po stronie, z której jechaliśmy. Ewa jednak, aby nie przeciągać postanowiła zagrać biedna zagubioną i zamotaną „farbowaną” blondynkę. Panom się to spodobało i odstąpili od wymierzenia jakiejkolwiek kary.

Naszym kolejnym celem tego dnia była niewielka miejscowość Kije, która choć mała, posiada bardzo długą historię, powstała bowiem na przełomie X i XI wieku. Jak się pewnie domyślacie skoro taka bogata historia, to miał w niej swój udział niewątpliwie kościół katolicki. Już w pierwszej połowie XII wieku, kiedy to mieściła się tu siedziba kasztelanii czechowskiej, wybudowano w Kijach kościół w stylu romańskim. Niestety nie dotrwał on do naszych czasów. Nie znaczy to, że obecny XVII-wieczny jest nieciekawy, a wręcz przeciwnie, to właśnie dla niego przybyliśmy do tego miasta.

Niestety, kiedy dotarliśmy na miejsce trwał właśnie pogrzeb, aby nie przeszkadzać żałobnikom w uroczystości, postanowiliśmy zwiedzić najpierw stary cmentarz z początku XIX wieku. Większość płyt nagrobnych znajdujących się na nim jest mocno zniszczonych, ale jeśli mam być szczery, to do mnie właśnie takie groby przemawiają bardziej niż te nowe, gładkie marmurowe lub lastrikowe powierzchnie. Spacerując pośród zieleni, natrafiliśmy w końcu na duży pomnik z sentencją Stefana Wyszyńskiego – „Gdy gaśnie pamięć ludzka, dalej mówią kamienie…”.

Po pewnym czasie zobaczyliśmy, że kawalkada samochodów podążyła w kierunku nowego cmentarza, więc my udaliśmy się, aby zobaczyć kościół. Szedłem pierwszy i gdy przekroczyliśmy kamienne ogrodzenie kościelne, to właśnie do mnie podszedł jakiś mężczyzna. Okazało się, że to kościelny, po krótkiej wymianie uprzejmości powiedział mi, że jeśli chcemy zobaczyć wnętrze świątyni to mamy szczęście, bo za chwilę będzie zamykana, ale poczeka na nas. Wnętrze, jak na małomiasteczkowy kościół przedstawia się imponująco, znajduje się tu wiele ciekawych rzeźb i obrazów. My swoje pierwsze kroki skierowaliśmy jednak ku całkiem innemu zabytkowi mieszczącemu się w tej świątyni. Na jednej ze ścian znaleźć można wiszący za szybą płaszcz krzyżacki i to nie byle jaki, bo jest to wierzchnie okrycie wielkiego mistrza Ulryka von Jungingen, w którym zginął on w bitwie pod Grunwaldem. A skąd tu się wziął? Otóż został on przekazany przez króla Władysława Jagiełłę, za zasługi jakich dokonał pogromca wielkiego mistrza, Mszczuj z rodu Łabędź, którego rodzina była fundatorem świątyni kijskiej.

Niestety do dnia dzisiejszego oryginał się nie ostał, zaginął najprawdopodobniej w 1702 roku, zrabowany przez wojska szwedzkie. Replika znajdująca się za kościelną szybą, pochodzi z 2013 roku.

Ostatnim miastem, które odwiedzaliśmy tego dnia był Pińczów. Otrzymał on prawa miejskie w 1428 roku z rąk króla Władysława Jagiełły. Samochód zostawiliśmy na tyłach dawnego zespołu klasztornego zakonu paulinów, w którym obecnie znajduje się Muzeum Regionalne. Nie tam jednak udaliśmy się najpierw, a do mieszczącego się nieopodal kościoła pod wezwaniem Jana Ewangelisty. Pierwotnie była to świątynia w stylu gotyckim, jednak w XVII wieku została przebudowana na styl manierystyczny. Pozostało nam jednak obejrzeć go wyłącznie z zewnątrz, gdyż jak dowiedzieliśmy się później nowy proboszcz jest z gatunku tych, którzy raczej zamykają niż otwierają kościoły. Chcąc zrobić w miarę dobre zdjęcia wspiąłem się na niewielki płot, a w zasadzie murek okalający budowlę i po raz kolejny stanęło na tym, że większą uwagę przykładam do hobby fotograficznego niż do bezpieczeństwa. Spacerując po ogrodzeniu, z wizjerem aparatu przy oku, stanąłem na obluzowanych kamieniach, gdyby nie refleks i zmysł równowagi wylądowałbym na plecach.

Chwilę potem wchodziliśmy już do Muzeum Regionalnego, była 15:30 i okazało się, że zdążyliśmy „na styk”, bowiem była to ostatnia godzina wpuszczania zwiedzających. Pan sprzedający bilety okazał się jednocześnie przewodnikiem i spytał, czy chcemy zobaczyć też pińczowską synagogę, oczywiście byliśmy zainteresowani. Po zwiedzeniu dość ciekawej, choć niedużej ekspozycji muzealnej zostaliśmy jeszcze wpuszczeni na dziedziniec wewnętrzny, gdzie znajdowały się rzeźby i kawałki starych murów. Wtedy też dołączyli do nas jeszcze jedni zwiedzający, oni niestety już nie dostali się do wnętrz, ale wspólnie, razem z przewodnikiem, udaliśmy się w stronę oddalonej o kilkaset metrów synagogi. Po drodze zajmowani byliśmy przez miejscowego pasjonata informacjami na temat miasta.

Po dotarciu do synagogi przewodnik wskazał na okalający ją mur i powiedział, żebyśmy się mu przyjrzeli. Oczom naszym ukazały się popękane i połamane macewy z okolicznych kirkutów, bo to właśnie z nich został on zbudowany. Chwilę po tym byliśmy już wewnątrz świątyni, gdzie znajdują się ponoć najstarsze malowidła ścienne w Polsce. Dół świątyni przeznaczony był dla mężczyzn, natomiast kobiety przebywały w tzw. babińcu, pomieszczeniu szczególnie dla nich wydzielonym. Przewodnik zwrócił również naszą uwagę na kolorowe witraże znajdujące się w dwóch oknach nad ołtarzem. Gdyby nie jego słowa pewnie nie zauważyłbym szczegółów, które czynią je szczególnymi. A jakie to szczegóły? Otóż, gdy przyjrzymy się im dokładnie, zauważymy setki ludzkich krzyczących twarzy.

W 2006 roku w pińczowskiej synagodze odbyło się pierwsze od czasów II wojny światowej nabożeństwo szabatowe.

Kilka kroków od Starej Synagogi znajduje się Klasztor Ojców Franciszkanów, gdzie mieści się sanktuarium Matki Bożej Mirowskiej. Za wysokim murem wchodzimy do pogrążonego w spokoju ogrodu, w którym pod wąskimi krużgankami umieszczono stacje drogi krzyżowej. Wnętrze kościoła jest dość ciemne, ale widać w nim przepych. Nie ma się co temu dziwić, ponieważ już od powstania budowli i od sprowadzenia tu w XVII wieku „cudownego” obrazu Matki Bożej Mirowskiej, zakonnicy dbali o promocję tego miejsca. Spacerując i podziwiając kunszt dawnych mistrzów, zacząłem robić zdjęcia, jako że robię je bez lampy błyskowej, nie zwracałem na siebie zbytniej uwagi. Trwało to do czasu, gdy zauważył mnie jeden z zakonników i szybkim krokiem przemierzył główną nawę, aby poinformować mnie, że nie wolno mi robić fotek, chyba że wystąpię o zgodę do przełożonego zakonu i wniosę stosowna ku temu opłatę, a jeśli się nie dostosuję to zostanę poproszony o opuszczenie świątyni. No cóż zawsze było wiadomo, że kościół jest sprawnie działającym przedsiębiorstwem, grzecznie przestałem fotografować i tak najciekawsze miejsca miałem już uwiecznione.

Po wyjściu z sanktuarium poszliśmy do centrum miasta, aby przekąsić coś konkretnego, potem zjedliśmy w parku lody i niezbyt pośpiesznie udaliśmy się na Wzgórze św. Anny, gdzie znajduje się wzniesiona w 1600 roku kaplica. Jak możecie się pewnie domyślić była zamknięta, jednak panorama miasta jaka ukazała się naszym oczom, rekompensowała wszelkie utracone wejścia do świątyń. Chwilę odpoczęliśmy napawając się widokiem i ruszyliśmy w drogę powrotną do kwatery.

Gdy tam dotarliśmy Arek z Ewą poszli się położyć, a ja siedziałem w salonie i słuchałem muzyki, tak bardzo się w to zagłębiłem, że zapomniałem… iść spać. Za to odkryłem Studio Accantus, polecam Wam ich wykonania, ja słuchałem ich do rana.

6 uwag do wpisu “Góry Świętokrzyskie – Grunwald, Shire i Dom Cienia za jednym razem

  1. Niezła objazdówka, z historii wszystkiego po trochu. Z drugiej strony ciągle słyszymy, że nas okradali, Szwedzi, Rosjanie, Niemcy. Byliśmy kiedyś w Moskwie. Ciekawe, czy coś zabraliśmy ze sobą.

Dodaj komentarz